Wielka radość z posiadania rzeczy

Wiem, że czasem ciężko cieszyć się z tego, co się ma. Wielka radość mieć własne mieszkanie, w którym można pomalować ściany bez pytania. W którym można ściany wyburzać i brać ze wsi kota. Ale jednak jest zgrzyt. Zgrzytam jak dzika, gdy biorę prysznic i patrzę na moją łazienkę i nie umiem w głowie nałożyć na nią filtra. I walczą we mnie dwie myśli. Pierwsza – ale brzydka ta łazienka, kiedy do jasnej anielki uzbieramy na remont? I druga – są ludzie, którzy nie mają swojej łazienki. Ba!, są ludzie, którzy w ogóle nie mają łazienki!

Jestem z tych, którzy nie patrzą, jakim jadą samochodem, tylko cieszą się, że mają czym jechać. I jest mi z tym bardzo dobrze. Choć czasem się zastanawiam, czy to ,,zadowolenie” mnie nie hamuje, bo przecież, gdyby mi zależało na lepszym aucie, to może bym ku temu dążyła? I bym miała?

Ale nie. Wolę jednak nie. Bo wtedy na samochodzie się nie skończy. Wtedy zakopię się w wiecznej walce o więcej.

Z posiadaniem i kupowaniem rzeczy jest jak z samoakceptacją. Skupiamy się na tym, czego nam brak, zamiast docenić to, ile w nas dobrych, wartościowych rzeczy i ile dobrego możemy dać innym ludziom.

Chciałabym zaznaczyć, że to, o czym piszę, jest trudne. Codziennie widzimy tysiące nowych rzeczy. Uwielbiam przeglądać Pinteresta, na Instagramie same piękne kadry. Jak po ludzku poradzić sobie z chęcią kupienia, posiadania? Ja sobie tłumaczę, a jak nie pomaga, robię to siłą. Zmuszam się, by iść prosto i nie skręcać do Zary, gdy przechodzę przez centrum handlowe.

Zastanawiam się wtedy, co robimy z rzeczami, które tak bardzo chcieliśmy jeszcze miesiąc temu, a dziś chcemy czegoś innego? To się napędza, nakręca i raczej samo nie zatrzyma, bo za tym stoją wielkie koncerny, które zamiast robić jedną kolekcję ciuchów rocznie, robią ich 10. Oczywiście z miłości do nas, byśmy zawsze byli modni i nic nam nie umknęło.

Widziałam ostatnio piękną sukienkę, było mnie nawet na nią stać. Ale wyszłam ze sklepu. Wyszłam licząc w myślach, ile sukienek mam w szafie i jednocześnie zła na ten cały świat, że muszę się powstrzymać.

Dlatego nie uważam, że minimalizm i życie less waste to coś prostego. To liczenie naszych eco-porażek i dawanie sobie po raz setny drugiej szansy.

Less waste to coś więcej niż segregowanie śmieci

Dla mnie w haśle ,,less waste” tkwi wiele pojęć. Umiar, szacunek, pauza, naturalność, spokój, świadomość, konsekwencja, przezorność,odpowiedzialność.

I mówiąc ,,less waste” nie mam na myśli segregowania śmieci. Czuje te moje starania, gdy omijam szmateks szerokim łukiem i gdy odkładam na półkę w sklepie kubek, który kosztuje tylko 6 zł. Ale mam w domu mnóstwo kubków, po co mi kolejny? Czuję to, gdy patrzę na czystą lodówkę i pełne talerze podczas obiadu. Czyli jednak mamy w domu coś do jedzenia. Czuję to, gdy orientuję się, że wypracowałam nowy nawyk i że jestem konsekwentna, nawet, gdy chodzi o kupowanie szarego papieru toaletowego w Biedronce i noszenie własnych torebek na zakupy, o pakowanie kanapek w papier i mrożenie tego, czego nie zjemy.

Wielka radość z tego, co już masz?

Chcesz żyć w rytmie less waste? Zacznij się cieszyć z tego, co masz. Wiem, jak to brzmi i ma tak brzmieć.

Masz w domu setki rzeczy. Korzystasz z nich? Widzisz, że je masz? Czy udajesz, że nie, bo wtedy możesz dokupić coś, co da Ci szczęście na 5 minut, do następnego razu. Udajesz, że nie masz w domu kubka termicznego, żeby móc kupić sobie nowy, ładny? Udajesz, że nie masz w domu słoika z nakrętką, żeby kupić sobie tak piękny, zagraniczny, żeby sałatka owocowa do pracy lepiej się prezentowała?

Mnie takiego podejścia oduczył P. Człowiek, który do Gdańska przyjechał z jedną walizką, który nie gromadzi rzeczy, kupuje tylko wtedy, gdy naprawdę potrzebuje. Który docenia to, że pije kawę na balkonie, nie patrząc, w czym pije i na czym siedzi. Ważne, że pije kawę na balkonie – ta część jest najważniejsza. To jest ta tytułowa wielka radość z posiadania rzeczy.

Nieważne, w jakiej pościeli. Ważne, z kim.
Nieważne, czym jedziesz. Ważne – gdzie i to, że dojechałaś.
Nieważne, jak robiona. Ważne, że pijesz kawę w swoim kubku i ze swoim człowiekiem.
Nieważne w jakim stroju. Ważne, że masz wakacje i możesz odpocząć.
Nieważne, jakie buty. Ważne, że wygodne.
Nieważne, jaki masz ten termos. Z logo firmy, który dostałaś na targach, czy może tani no-name. Ważne, że herbata ciepła.

Im częściej zwracam na to uwagę, tym mam więcej spokoju w życiu. Odpada mi to ciśnienie, że muszę dorównać czy być bardziej niż inni. Odpada mi ten strach, że coś mnie ominie, że nie będę już miss mody osiedlowej. Odpada mi pęd ku przecenom.

I ta ekologia i dbałość o środowisko jest przy okazji. Bo mam wrażenie, że ważniejsza w tym rozliczeniu jest moja głowa i stan ducha. I za to lubię to less waste. Że nie chodzi tylko o nie marnowanie żywności czy nie marnowanie wody, ale też o nie marnowanie swojego czasu, nie marnowanie swojego spokoju i poczucia własnej wartości na wieczny wyścig po więcej.

Przecież tak naprawdę wszystko, co jest nam potrzebne do życia, już mamy. Inaczej już by nas tu nie było.

5 komentarzy

  1. Naprawdę życie jest tak kruche i niepewne, że dobrze byłoby doceniać każdy dzień i skupiać się na tym, co najważniejsze i co daje nam szczęście. Dziękuję za ten wpis. Będę do niego wracać gdy moja łazienka będzie mnie wkurzać 🙂 A do remontu jeszcze trochę czasu!

  2. Cała filozofia waste less jest mi bardzo bliska, jakiś czas temu postanowiłam wprowadzić ja do swojego życia. Zauważyłam, ze mam zbyt dużo, że kupuje zbyt dużo i sie w tym wszystkim gubię. Dotyczyło to zarówno mojej szafy jak rownież i dekoracji domowych. Nie patrzyłam się na to czy rzecz którą kupuję bedzie pasowała do pozostałych moich rzeczy ale po prostu kupowałam bo mi sie podobało.

    Aktualnie staram się doceniać to co mam, a jeśli coś kupuję to jest to coś najwyższej jakości. Tak abym miała pewność, ze będzie dobrze wygladało za kilka lat i że nadal będzie mi się wtedy podobało.

  3. Muszę Ci bardzo podziękować za ten wpis, bo właśnie teraz potrzebuję takiego ustawienia do pionu. Teraz, bo właśnieod jakiegoś czasu żyję w ciągłym przeświadczeniu, że mam wszystkiego mało. I urosło to do takich rozmiarów, że moja whish lista zdaje się nie mieć końca. I nawet to jeszcze nie byłoby takie straszne gdyby nie fakt, że odznaczanie na niej kolejnych pozycji wcale mnie nie cieszy bo skupiam sie na tym czego jeszcze brak. A zdałam sobie z tego sprawę po przeczytaniu Twojego teksty. I niestety muszę się zgodzić, ze social media, zwłaszcza instagram nie są tu moim sprzymierzeńcem, a raczej to on nakręca to moje błędne koło, bo tam wydaje się, że wszyscy mają lepiej, ładniej, więcej…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *