Ktoś ma sobotę, a ktoś ma „sobotę”. Ktoś ma naprawdę miły dzień, a ktoś ma „miły dzień” przyklejony do twarzy, bo mu za to płacą. Czasem nie ma co analizować, zastanawiać się i umoralniać w myślach. Przecież nie wiemy, co ktoś widzi, gdy budzi się rano.

Jestem w piekarnio-kawiarnio-śniadaniowni w Warszawie. Mam SOBOTĘ, w dodatku z przyjaciółkami, beztroską, przyjemną, miłą i super się zapowiadającą. Piję kawę z widokiem na Waryńskiego i generalnie mam dobre życie.

Poszłam do WC i już wychodząc z toalety, usłyszałam wkurwiony głos pani sprzątającej. Pani, która myła stoliki, jak przyszłyśmy. Pani, która odkąd przyszłam, wciąż coś robi:

– Kuuurrwaaaa mać, znowu to samo. Jestem cała mokra od kawy…

I kilka słów więcej, o tym samym zabarwieniu emocjonalnym. W jej głosie była rezygnacja, złość, agresja. Wszystko to, czego ja dziś nie czuję. Bo ja mam sobotę, a ona ma „sobotę”.

Pani niosła plastikowy kontenerek z naczyniami do umycia i najwyraźniej ktoś nie dopił swojej kawy. Kubek się przechylił, a całość wylała się przez dziurki koszyka. To była iskra, która zapaliła najwyraźniej ultrakrótki lont.

Bo najwyraźniej problemy przygniotły tak, że nie było ani cierpliwości, ani akceptacji dla cudzej niedopitej kawy.

Być może Pani czuła, że wiosna jest dla wszystkich, a dla niej nie. I żal wylał się, jak niedopita kawa.

A ja chciałabym coś Pani powiedzieć.

Do tej pory nie było sytuacji, której byśmy nie przetrwały, nie przeskoczyły albo nie rozwiązały. No, choćby nie przeczekały. 

Nie było sytuacji, gdy stojąc pod ścianą, nie przyszłoby do nas jakieś rozwiązanie. Zawsze jakieś się pojawiło, a świat się nigdy nie skończył. Zawsze przychodził nowy dzień i jakoś to było.

Wszystko się ułoży. Bo zawsze się jakoś układa. 

Ściskam Panią bardzo serdecznie i życzę takiej soboty, jaką ja mam dzisiaj.

Tekstualna Monika