Strefa komfortu – co zrobić, by z niej wyjść?

,,Strefa komfortu” to haslo tak wyświechtane jak ,,kreatywność”. Strefa komfortu znaczy i wszystko, i nic. Ale nie znam lepszego sformułowania, by napisać Ci o pokonywaniu własnych barier. O tym, jak ja pokonuję własne bariery, choć tam naprawdę nie chcę tego robić. Głowa mówi – zrób to, rozwijaj się. Emocje mówią – uciekaj!

NIENAWIDZĘ wychodzić ze strefy komfortu, chyba że chodzi o robienie czegoś bez czujnego wzroku innych, we własnym tempie. Ale ogólnie, bardzo, bardzo tego nie lubię i bronię się rękami i nogami. Nie lubię uczyć się nowych rzeczy, nie dlatego, ze jestem leniem, ale dlatego, że nie lubię czuć się do niczego. Nie lubię konkurować z kimś, gdy nie jestem siebie pewna.

Jestem osobą, która boi się niesprawiedliwej krytyki. Nie jestem pewna wielu rzeczy, nie nazywam się specjalistą, nie uważam się za alfę i omegę. Jestem wobec siebie bardzo krytyczna, choć też wyrozumiała, przecież nie muszę być dobra we wszystkim. Natomiast ciężko jest mi się zmierzyć z oczekiwaniami innych i choćbym bardzo się starała, nieprzychylne komentarze mnie dotykają.

Piszę dziś o tym, że strefa komfortu to cholerstwo, z którego co jakiś czas trzeba wychodzić dla swojego dobra, bo ostatnio miałam stres i zagwozdkę. Zaraz Ci opowiem, o co chodzi.

P.  gra w kule. Podsumowując, chodzi o to, by trafiać kulą w inne kule. I to oczywiste, że jeżdżę z nim na turnieje, podziwiam, kibicuję i obserwuję. Na początku totalnie nie wiedziałam, o co chodzi. Ale im bardziej poznawałam reguły gry, tym bardziej wydawało mi się to interesujące. Ale oczywiście z perspektywy widza. Czułam się bezpiecznie będąc jedynie obserwatorem. Wiadomo też, że będąc z kimś w związku, próbujemy zainteresować naszego partnera tym, co robimy. Więc wiadomo, że raz na jakiś czas sobie rzucałam. Ja rzucałam, Ina rzucała, śmiechu co niemiara.

Aż któregoś dnia dzwoni P. i pyta, czy zechciałabym z nim wziąć udział w turnieju. Tak, byśmy grali w duecie. Moja rekacja? Chciało mi się ryczeć. Ręce mi się trzęsły i byłam bardzo, bardzo nieszczęśliwa. Bardzo nie chciałam i jednocześnie nie chciałam mu odmawiać. Powiedziałam, że się zastanowię.

To było kilka tygodni temu. Finalnie w zeszły weekend zagraliśmy razem. I było naprawdę fajnie. Dość szybko zapomniałam o tym, że jestem do chrzanu i że totalnie obniżam P. turniejowe statystyki. No i okazało się, że całkiem dobrze nam idzie w duecie. I że nie ma siary.

Czego się obawiałam najbardziej? Krytyki, oceny i tego, że WSZYSCY zobaczą, jaka jestem DO DUPY.  A tak naprawdę wszyscy mieli gdzieś to, jak gram. :)))) Ja też o tym zapomniałam i nie przyniosłam nikomu wstydu. 🙂

Strefa komfortu, czyli walka z perfekcjonizmem

Chcę Ci napisać, że wychodzenie ze strefy komfortu boli dlatego, że chcemy dobrze wypaść. Nie chcemy, by nasze niedociągnięcia wyszły na jaw. Porównujemy się z osobami, które są lepsze. Ale na przykład są lepsze, bo robią coś od 10 lat, a my dopiero próbujemy swoich sił. Bywamy dla siebie bardzo niesprawiedliwi.

Mnie wychodzenie ze strefy komfortu boli, bo nie chcę pokazać swojej niedoskonałości, jednocześnie totalnie rozumiem swoje ograniczenia i nie uważam, że powinnam być we wszystkim świetna.

Ale gdy chodzi o porównanie się z innymi osobami, zawody, publiczne wystąpienia, w których trzeba dać z siebie wszystko – presja rośnie. Sama ją na siebie nakładam, wiem.

Strefa komfortu, z której wyszłam. I jak się potem czułam.

-> Dzwoni niedawno znajomy z propozycją poprowadzenia prelekcji. Moja reakcja? NIEEEE TYKO NIE TOOOOO. Odmówiłam, powiedziałam wprost, że takie sytuacje mnie przerastają.

-> Pamiętam warsztaty Blog Fest, które robiłyśmy  z Basią, Emilką, Justynką i Malwinką. Kameralny klimat, fajne towarzystwo, zero presji – i moje nerwy na wierzchu. Mój sposób, który zawsze się sprawdza, to zrobienie z siebie głupa. Mówiłam o nazwie mojego pierwszego bloga, która była mega śmieszna (boki zrywać) i wtedy wszyscy rechoczą, łącznie ze mną, ciśnienie spada i jest ok.

-> Kilka lat temu z moją siostrą miałyśmy wykład o kreatywności. Obie mamy ten sam problem, obie stresujemy się w podobnych sytuacjach. I co wyszło? Wykład mówiłyśmy do siebie. 😀

-> Jak Ci poszła matura ustna? Jak Ci szły egzaminy na studiach? Mnie FATALNIE. Nigdy nie udawało mi się opanować nerwów. Zawsze miałam pustkę w głowie i uczucie paniki. Nie do opanowania!

-> ha! O tym chyba jeszcze nie pisałam. Urodzenie córki – to było dopiero wyjście ze strefy komfortu. To była jedna z bardziej stresujących chwil w moim życiu. Niewiadoma, zimno, zdjęto mi okulary, co spotęgowało uczucie niepewności i chaosu. Trzęsłam się jak nigdy wcześniej.

-> Każde spotkanie w sądzie podczas sprawy rozwodowej to było wyjście ze strefy komfortu. Mówienie o rzeczach, o których się mówić nie chciało i odpowiadanie na pytania, na które nie powinno się odpowiadać. Na to nie można się przygotować. Trzeba tylko mieć nadzieję na szybki finał.

-> Nawet występy mojej Córki podczas Dnia Mamy i Taty w przedszkolu to wyjście ze strefy komfortu. Dlaczego? Bo nie mogę opanować wruszenia, walczę z tym, nie chcę, by ktoś widział emocje wypisane na mojej twarzy.

Strefa komfortu to oswojona rzeczywistość. Wyjście z niej to szok dla organizmu.

Drży głos. Drżą dłonie. Policzki robią się czerwone. Albo i szyja. Serce bardzo szybko bije. Nie możemy zebrać myśli ani skupić się na jednej rzeczy.

Ja wiem, jak reaguję, gdy strefa komfortu wyrzuca mnie ze swojego bezpiecznego kręgu. Widać po mnie od raz stres i napięcie.

Dlatego, może podobnie do Ciebie, jak nie muszę, nie wychodzę z niej. Działam sobie w obrębie tej strefy, co jakiś czas wystawiając stopę, by zobaczyć, jak bardzo mogę poszerzyć ten bezpieczny oswojony krąg. Co jakiś czas rzucam się na głęboką wodę i testuję swoją wytrzymałość, ale to też w ramach swoich możliwości.

Nie lubię wyzwań, które mnie stresują. Więc ich nie podejmuję.

Strefa komfortu – co zrobić, by z niej wyjść?

A na czym Ci zależy?

Ja rzucam się na głęboką wodę, ale tylko w ramach moich możliwości. Jestem ostatnią osobą, która by sobie dokładała presji.

Przyjęłam, i polecam Ci to bardzo, że chcę żyć bez stresu. Nie chcę się stresować ani pracą, ani pieniędzmi, ani niczym innym. Robię, co w mojej mocy, by żyć spokojniej, bez presji.

Zdaję sobie sprawę ze swoich ograniczeń i odsuwam się, gdy coś zaburza mój spokój.

Przecież nie muszę mówić do tysięcy osób. Nie muszę robić kursów na dziesiątki uczestników. Nie muszę tańczyć na lodzie. Nie muszę być gwiazdą disco polo (choć przyznajcie, że byłabym w tym świetna!). Ale moge robić to, co leży w zakresie moich psychicznych możliwości. Mogę lekko naginać swoje granice, by samej sobie udowodnić, na ile mogę sobie pozwolić. Sobie i tylko sobie.

Hej! Tyle o mnie.

A co u Ciebie?

Napisz mi, w jakich sytuacjach czujesz, że wychodzisz ze swojej strefy komfortu. Napisz tu lub na Instagramie, na którego Cię serdecznie zapraszam.

8 komentarzy

  1. Lepiej nie można było opisać tego przereklamowanego hasła “wyjście ze swojej strefy komfortu”! W moim przypadku to było: prawo jazdy – no bo każdy ma i jak ty będziesz dziecko odbierać. Jazda na rolkach/łyżwach/nartach – przecież to takie proste i modne a ty nie chcesz się nauczyć. Znalazłabyś ambitniejszą pracę i to najlepiej na kierowniczym stanowisku. A ja “nie chcę iść pod wiatr gdy wieje w dobrą stronę, takie miłe, takie to miłe” 😀

  2. Takim najbardziej ‘spektakularnym’ wyjściem ze strefy komfortu była moja pierwsza samodzielną podróż autem do innego miasta. Bo to nie chodziło o to, że ja uważałam, że jestem złym kierowcą albo że nie poradzę sobie na zatłoczonych ulicach. Problem polegał na tym, że nigdy nie jeździłam tam autem, a moje miasteczko znam jak własną kieszeń i mogę po nim jeździć z zamkniętymi oczami.

  3. witam. jakiś czas temu poprowadziłam prelekcje – wykład odnośnie moich pasji. publicznie…. musiałam wyjść na środek sceny stanąć przed dużą publicznością ( tak dużą że wiele osób nie wypuścili bo liczba przekraczała bezpieczeństwo) i otworzyć się i wpuścić ich wszystkich do mojego świata. i przede wszystkim MÓWIĆ . naruszylam baaardzo moją strefę komfortu. Stres był ogromny ale chciałam z nim się zmierzyć. to był skok na głęboką wodę! dałam radę oklaski były taką nagrodą jakiej nigdy sie nie zapomina warto było stanąć do walki z lękiem. po co o tym wspominam? bo zawsze bałam się wystapić, mówić zaledwie przed kilkoma osobami A tu nagle takie bum i może to jest recepta – od razu bum 😉 pozdrawiam asia

  4. Też tak mam, nienawidzę wystapień publicznych i bardzo negatywnie przyjmuję krytykę. Składa się to na to, że sama ‘znam’ swoje wady i je widzę i niesamowicie mnie denerwuje jak ktoś zwraca mi uwagę, jakby uważał, że jestem ich nieświadoma 🙂 Albo wlasnie brał mnie za kogos mniej ‘inteligentnego. Ale to chyba wynika z kompleksów bycia najmłodszą, którą zawsze się dojeżdżało i krytykowało najmocniej. Sposób w jaki się zostało wychowanym ma swoje przełożenie na przyszłość. Ale staram się z tym walczyć, ponieważ to mnie niesamowicie blokuje przed życiem na 100%.

  5. Teksi, dzień dobry!
    Są takie strefy, w których gdy tylko ktoś próbuje nagiąć moje granice to automatycznie włącza się pipający czerwony alarm. Jestem, ogólnie rzec ująć, raczej trochę niezdarna, nieutalentowana pod względem zręcznościowym. A jest zima. Są dzieci. Czyli… Jest też lodowisko. Dla mnie – dramat. W drodze do obiektu nie miałam już humoru, byłam spięta. Udzielało się to tez chyba innym, dlatego nie lubię się przełamywać bo wiem jak reaguję i jak może to oddziaływać na pozostałych. No ale nic, poszłam. Kosztowało mnie to wewnętrznie wiele. Nie, nie wydarzył się cud i nie okazałam się być niczym wyjętą z kadru programu: Gwiazdy tańczą na lodzie”. Kulałam się raczej głównie przy bandzie, pozwalając sobie na chwilowe “wypuszczenie się na otwarty ocean”, co okupiłam chyba wykręconymi barkami w celu utrzymania równowagi ;). Nie, nie okazało się, że wilk wcale nie taki straszny. Tak, miałam ogromną ochotę poprosić o pingwinka, takiego dla dzieci. Czułam dyskomfort widząc politowanie w oczach współuczestników. Nie czułam się dobrze. Ale zrobiłam to, udowodniłam sobie, że jestem w stanie to zrobić. Co mi to dało? Nic mi nie przychodzi na myśl, poza poczuciem ulgi kiedy te męki już się skończyły 😀 Ale też nie żałuję tego, że się zdecydowałam 🙂
    Przemyślenie odnośnie wystąpień publicznych: do matury raczej miałam problem z wypowiedziami na forum, publicznymi występami. Dopiero na studiach, kiedy wygłaszaliśmy dużo prezentacji na zajęciach seminaryjnych, powoli przestało mi to przeszkadzać i teraz nie czuję już dyskomfortu pod tym względem. Więc chyba chodzi o to, żeby ćwiczyć.

    Odważnego dnia!

  6. Cześć.
    Moje wyjście ze strefy komfortu oznaczało porzucenie wszystkiego, co znałem wcześniej. Ucieczkę od ludzi, gwaru, blichtru, kariery, w świat kompletnej ciszy, w której nie ma nic, poza mną i Kobietą. Im dalej jestem od siebie sprzed lat, tym mi lepiej. Im mniej pewnie żyję, w sensie finansowym w szczególności, tym lepsze mam samopoczucie, tym więcej mi się chce i głośniej krzyczę – teraj, k…a, ja!
    Tak, to na pewno jest okupione wieloma stratami. Przyjaciół, relacji z rodziną, dziećmi, wnukiem, który ma rok, a widuję go najwyżej co kwartał. Ale tak jest dobrze, tak ma być. Przez lata byłem na gwizdek, dla innych. Teraz – ja. My. Przeszedłem ze strefy komfortu w dyskomfort i jest mi z tym dobrze, coraz lepiej.
    PS. Nie mam problemów z wystąpieniami publicznymi. Wchodzę do lasu, który jest tuż za płotem i publicznie mówię co myślę i co chcę. I wszystko wokół grzecznie mnie słucha 😉

  7. Świetny tekst! Ja mam podobnie, jak Ty: wieczny stres, co ludzie powiedzą. Ale wystarczy na chwilę stanąć, wziąć głęboki oddech, żeby sobie uświadomić, że nic nie powiedzą, bo mają to gdzieś 🙂 Wystapień publicznych też unikam, bo mnie niszczą i zjadają. Jak człowiek lepiej siebie poznaje, to wie czego unikać, żeby lepiej się żyło. Ściskam :*

  8. Jejciu, jaki dobry tekst na ważny temat <3 Ja do mojego życiowego motta dojrzewałam przez dobre 12 lat… Dwanaście lat pełnych "co sobie [ktoś totalnie nie mający znaczenia w moim życiu] pomyśli", "zrobię to i tamto, bo komuś będzie przykro", "tak trzeba" – działań wbrew sobie, stawiając cudzy komfort w miejscu swojego. Dziś mam motto "jedyne, co muszę – to nic nie muszę!". Nie ma to nic wspólnego z egoizmem i wyrachowaniem. To troska o własny komfort psychiczny i fizyczny, na których oparte jest moje istnienie. Wyostrzyłam własną świadomość, wsłuchuję się w samą siebie… i doskonale na tym wychodzę. Czasem opuszczam mój ciepły kokon, moją strefę komfortu – ale tylko na własnych zasadach. Bo w moim życiu najważniejsza jestem ja sama i to nie zbrodnia, jeśli w kulturalny sposób zakomunikuję światu, że coś odpuszczam, że czegoś nie zrobię, że to czy tamto nie jest dla mnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *