Recenzja: Wzgórze Psów  Jakub Żulczyk

Wzgórze Psów. Jakub Żulczyk .23:00, długi weekend, noc z soboty na niedzielę. Mazury, domki letniskowe z lat 90-tych (oby tylko!), ściany z płyty osb, dwa tapczany. Okno otwarte, zabezpieczone metrem tiulu, żeby komary nie zagryzły nas na swędzącą śmierć. Dwa stare koce, które stare musiały już być 1985 roku – leżą na podłodze, bo nie mam odwagi się nimi przykryć. Słychać szanty i disco polo, kilkaset metrów dalej ludzie bawią się na ognisku. Uwiera mnie wyobraźnia, że coś może łazić po mojej kołdrze, co jakiś czas zerkam na dziurę w ścianie, z której wystaje wata. Uwiera mnie, podobnie jak to, że za oknem czarno. Wydaje mi się, że ciemność jest wiecznie głodna. Zastanawiam się, czy domek, w którym teraz jestem, mógłby być tym domkiem w Jarzębowie…
I tylko cieszę się, że moja Córka lekko chrapie – wiem, że jest tuż obok, śpi spokojnie, oddycha.
Czytam. Zostały mi ostatnie dwie godziny książki.

Wzgórze Psów.

Czytałam i co chwilę porównywałam niektóre obrazy do tych z moich olsztyńskich wspomnień. Nie było u nas meblościanek, a tata nie upijał się do nieprzytomności między zimnymi nóżkami a sałatką jarzynową. Nie piłam browarów w parkach, nie paliłam szlugów, nie brałam pojarek, nie farbowałam włosów na czarno i nie całowałam się z chłopakami na imprezach. Mama nie pozwalała mi chodzić na imprezy. Baszta, Sowa, fosa. A może i dobrze, że nie pozwalała. Myślę, że to jednak dobre było.

W każdym razie doskonale potrafię sobie to wszystko wyobrazić…

RODZINA

Wierząca matka i pijący ojciec. Słaba matka i twardy ojciec. Polo-alkoholo. Rodzina to zatrzaśnięcie się w windzie z zupełnie obcymi ludźmi na całe życie.
Ta książka to opowieść o rodzinie, a nawet kilku. Rodzina może zniszczyć, jak mało co, ale może być też twarda jak zaciśnięta pięść i dać wsparcie. Widzicie, w każdej rodzinie jest odrobina patologii.

Mikołaj, główny bohater, ma problem z rodziną. Tą podstawową komórką społeczną, z ojcem, bratem, świętej pamięci matką. Jakby tu napisać… Nie czuje się w domu jak u siebie w domu. Ale myślę, że niektórzy z Was z łatwością mogą sobie to wyobrazić. To jest to uczucie, gdy przyjeżdża się do domu, bo wypada, raz do roku, a po zjedzeniu ciasta i wypiciu połowy herbaty dusza wyrywa się, by uciec. Choć obiecało się mamie, że zostanie się jeszcze kilka dni. Jest się dorosłym-małym dzieckiem, które wraz z przekroczeniem progu domu traci decyzyjność, wolną wolę i siłę swoich argumentów.

To teraz pomnóżcie to razy 5.

POWROTY

Zaczynanie od nowa, jak człowiek się uprze, może doprowadzić do czegoś dobrego i dać dużo satysfakcji. Gorzej, gdy ucieka się przed czymś, przed czym uciec się nie da, bo to coś, co niszczy, jest w człowieku, w dotyku, w intonacji, w śmiechu. W dodatku miejscem, gdzie to nowe ma powstać, jest dom rodzinny. Miejsce, gdzie się wraca, jak już naprawdę nie ma się innego wyjścia. I teraz wyobraźcie sobie Mikołaja i Justynę, jak ,,odwarszawiają się” w załadowanym przeszłym życiem samochodzie w drodze do małej miejscowości na Mazurach. Ona się jej boi, on też, ale tego głośno nie powie.

On wraca do domu rodzinnego, by myśleć o tym, jak wrócić do tego, co było jeszcze niedawno. Do normalności, takiej co nie będzie jedną z bajek z tysiąca i jednej słomy.

NORMALNOŚĆ

Nie ma czegoś takiego jak stuprocentowa normalność. Normalność nigdy nie zrobi się sama; trzeba o nią walczyć, wydrapać ją z betonu.

W tej książce normalność to lekka patologia. Ważne, żeby było 12 potraw na Wigilię. Ojciec robi oborę na domowej imprezce? Jak zawsze zresztą? To normalne. Normalność to oswojona nienormalność. Jest lepsza od zmiany, bo jest przewidywalna.

Co znaczy nowe otwarcie? To znaczy zostawić to wszystko i iść w stronę normalności, życia, w którym nie trzeba być odważnym.

A we ,,Wzgórzu psów” bohaterowie są odważni. Każdy na swój sposób. Prędzej czy później każdy tę odwagę albo odnajduje, albo pokazuje.

ZEMSTA

Brudna to opowieść, zasmarkana, pryszczata. Upita tanim winem. Ciężko chora na wszystko. To, że to książka o zemście, dowiaduję się tak naprawdę na finiszu. Bo mnie zakończenie tej historii zaskakuje.

Osobiście uciekam od zemsty. A ona w tej książce w końcu bohaterów dogoniła. Dużo wódki musiało upłynąć, by tak się stało, ale po przeczytaniu ostatniego rozdziału czytelnik nie ma kaca. Ja nie miałam. No, może lekki dyskomfort.

Zemsta w powieści Jakuba Żulczyka jest warta bólu, straty, cierpienia, strachu i poświęcenia. Jest misją, niemal powołaniem. Zamieszany jest w to honor, ale też małomiasteczkowa sprawiedliwość i podwórkowa moralność.

Czy trzeba przeżyć wielką tragedię, aby nabrać w ogóle umiejętności samoobrony? Aby stać się odpornym? Sprawnym? Groźnym? Jak myślicie, kto tu jest Strażnikiem Teksasu, Kapitanem Planetą, Mamoru Chiba… Punisherem?

Tak, ,,Wzgórze psów” to dla mnie zaskoczenie. Wprawdzie nie spodziewałam się książki, która rozbawi mnie do łez (,,Zrób mi jakąś krzywdę” na przykład to potrafi, za każdym razem i po pierwszej nutce), ani też będzie lekka, przyjemna, którą z kieliszkiem prosecco czyta się w wannie. Czułam, że będzie ciężka, tak jak ciężka jest fizycznie, gdy trzyma się ją w dłoni. Nie spodziewałam się też, że tak długo będą ją tłamsić w sobie, że będę ją czytać non stop, by potem przez kilka dni tylko ją przekładać z miejsca na miejsce, by potem znów nie móc jej zamknąć.

,,Wzgórze psów” to trochę smutna książka. Czytasz i widzisz wszystko z filtrem Nashville z Instagrama, a to przecież Zybork, miasteczko jak każde inne. Małe, brudne, z tradycjami pełnymi wódki, disco polo i kaszanki z cebulą. Małe miasteczko, niebywała tajemnica, porwania, masakra, krew. Szepty, półsłówka i niedopowiedzenia. Jestem pewna, że bez trudu moglibyście przenieść się myślami do Zyborka sprzed kilkunastu lat. Polska klasy B, a może nawet C czy D, żadna elegancja Francja.

862 strony o miłości, która jest tak ciężka, że aż chora. O strachu przed odpowiedzialnością, samotnością, przeszłością i przyszłością. O tym, że płacimy za swoje błędy nawet wtedy, gdy już dawno za nie zapłaciliśmy. O relacjach z bliskimi, które są niezrozumiałe i trudne, ale potrzebne i cenne. O lojalności i tajemnicy, która jednoczy, póki śmierć nas nie rozłączy. O kłamstwie – w dobrej i złej wierze. O przeszłości, od której nie da się uciec, a która prędzej czy później dopadnie i każe się rozliczyć, gdy zgrzeszyło się myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Szczególnie zaniedbaniem. O przeznaczeniu i pogodzeniu się z sytuacją. O walce i odwadze. O tym, że nie chcieć czegoś to też czegoś chcieć.

Wzgórze Psów Jakub Żulczyk

PS Kilka rzeczy na koniec:

  • Jedna z moich notatek, zrobiona w książce różowym brokatowym ołówkiem mojej Córki – ,,opowieść prawdziwa jak ,,Plac Zbawiciela” Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauzego.”
  • Nie wiem, czy to zauważyliście. To, gdy bohater, który w mojej wyobraźni wygląda jak obwieszona złotem szlachta w dresach, czyli Grzegorz, zaczyna mówić wręcz poetycko. Najpierw rzuca złotymi kurwami, a potem złotymi myślami. Jakie to dobre!
  • Czytałam tę książkę słuchając non stop Śladów.
  • Co łączy Punishera i Elvisa Presleya? Clarence Worley (już trzeci dziś mój ulubiony tytuł, czyli ,,Prawdziwy Romans”) ma swojego Elvisa, który jak nikt inny go motywuje, stawia do pionu, dopinguje. Klepie po pleckach. A Mikołaj Głowacki, bohater Wzgórza Psów, ma Punishera. A w końcu sam się nim staje.
    Gdy czytałam fragmenty o Punisherze, to w głowie miałam tę scenę:

Wzgórze Psów Jakub Żulczyk Wzgórze Psów Jakub Żulczyk

 

Fragmenty zaznaczone kursywą pochodzą z książki ,,Wzgórze Psów” Jakuba Żulczyka

Zdjęcia i drewniana deska: AHOJSHOP 

18 komentarzy

  1. Wbrew pozorom im grubsza książka, tym bardziej mnie intryguje. Tak wiele wydarzeń, bohaterów i emocji. Sam czas, który poświęcam na czytanie takiego tomu zdaje się, że zbliża mnie do całej historii i czasem zupełnie zatracam się między teraźniejszością, a dziejami w powieści. Zaciekawiłaś mnie tą pozycją. Sięgnę, jak tylko będę miała okazję!

  2. Mnie tez porwala ta recenzja.Lubie takie historie,prawdziwe az do bolu.
    A jesli to jest ladunek tej masy i objetosci myslowej co Plac Zbawiciela to z pewnoscia przeczytam.
    Prawdziwosc tego typu znajduje u Stasiuka ( choc po Murach Hebronu..bylam zdruzgotana,przytloczona,chora,oniemiala) i u Tokarczuk w iscie basniowo-realistycznym Prawieku.

  3. a mnie strasznie rozczarowało zakończenie.. czytało się super, świetnie napisane, dawno już żadna książka tak mnie nie wciągneła. ale ostatnie rozdziały i wyjaśnienie całej intrygi jakieś takie słabe

    1. a ja myślę, że tak właśnie wygląda życie i jak cała książka była ,,realna do szpiku kości” to zakończenie też nie mogło być jak z mody na sukces. Także ja mam inne odczucia, choć moja kobieca dusza już widziała Justynę wracającą do Mikołaja i trudny acz szczęśliwy happy end 😀

      1. No właśnie nie chodzi o to, że oczekiwałam happy endu jak z mody na sukces,. Raczejwyjaśnienie tego kto i z jakich powodów robił to co robił dla mnie było właśnie niezbyt realne i jakby wyjęte z głowy scenarzysty mody na sukces 😉

  4. Tekstualna czuję Twoje posty całą sobą. Czytam i myślę – jakie to moje i spływa po mnie ogromna ulga. Będę czytać i wracać w każdej trudnej chwili. A książkę kupię na pewno! pozdrawiam ciepło!

  5. Witaj, Tekstualna 🙂
    Trafiłam na Twojego bloga jakiś tydzień temu i przeczytałam chyba już prawie w całości, a właściwie bardziej,niż w całości, gdyż niektóre wpisy kilkakrotnie.
    Dziękuję za wspaniałe treści, za powyższą recenzję także, biegnę wirtualnie do empiku po książkę – szukałam czegoś tak mięsistego i żywego.
    Pozdrawiam Cię naprawdę szczerze i czekam na kolejny wpis 🙂
    Także gdańszczanka,Iza

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *