
Moje szczęście ma zapach waniliowej świeczki. Gdy to odkryłam, kupiłam ich całe opakowanie. Za każdym razem, wieczorem, gdy je zapalam i kładę albo na parapecie w pokoju, albo na stole w kuchni, zastanawiam się, czy to jest właśnie hygge.
Jeśli przyjmę, że hygge to para lecąca z kubka z earl greyem, chrupiący brzeg naleśników, kożuch na kakao, chilli zet soul, ciepły koc, gdy za oknem zamieć stulecia, niezjedzone śniadanie przez przytulanki z córką, jej oddech, gdy zasypia… to mam to. Złapałam to hygge do słoika i mam całkiem spory zapas. Ale potem, nasiąknięta tym całym nastrojem, wchodzę do zimnej, brzydkiej łazienki i…
Mieszkanie, w którym mieszkam, nie jest moje, wynajmuję je. To, co mogłam w nim zmienić – zmieniłam. Łazienka jest brzydka. Kuchnia też średnia, choć ostatnio z pomocą rodziców pozbyłam się reliktu sprzed kilkudziesięciu lat, czyli zamiast narożnej ławy i starego stołu mam nowy i dwa taborety. I więcej przestrzeni. I powietrza więcej.
Wychodzi na to, że gubię gdzieś hygge między kuchnią a pokojem.
Jak znaleźć hygge?
I tu jest problem wynajmowanych mieszkań. Pałętają się w nim jeszcze rozmowy poprzednich lokatorów, wciąż ma się wrażenie, że kąty są niedomyte, że wciąż jakiś pyłek pamięta ludzi, którzy mieszkali tu wcześniej. I się chce, albo nie umie znaleźć tej stuprocentowej przytulności.
Właśnie siedząc przy tym nowym stole, patrząc na to miejsce, w którym jestem od 3 lat, które lubię za wysoki parapet, na którym można przesiadywać przy otwartym oknie, latem, i słuchać Gdańska. Brakuje mi mojego własnego miejsca, choć jest tu mi dobrze. Czuję, że nie jestem u siebie, choć najbardziej u siebie od 10 lat. Brakuje mi miejsca, którego jeszcze tak naprawdę nie ma i nie umiem go sobie całkiem wyobrazić, ale ta jedna myśl mimo wszystko przeszkadza mi.
Ja nie jestem ani hygge, ani lagom. Nie jestem estetyczną purystką, nie jestem sfokusowana na skandynawskie klimaty, lubię i starocie, i zakupy w IKEA. Ale szukam swojego miejsca.
Staram się oswoić przestrzenie, żeby było mi w nich jak najmilej. Doceniać drewno na podłodze i często mrugać oczami, gdy patrze na szafki w kuchni. Biorąc prysznic patrzeć przez okno. Nie udało mi się to do końca. Ciężko poczuć się, jak u siebie w domu, gdy wciąż wpadasz na coś, co cieszyło kogoś innego, a ciebie niekoniecznie.
Jak znaleźć kawałek domu w nie swoim domu? Zapach ma dla mnie duże znaczenie. Naturalne materiały, drewno. Neutralne kolory, proste formy. Mój kubek, moja pościel, mój koc, mój sweter, mój chleb i moje masło. Lubię mieć ,,swoje”. I gdy już świeczki nie pomogą, gdy przestanie mi ten chleb smakować w tej mojej-niemojej kuchni, pójdę na swoje.















