Dorwij frustrację, zanim ona dorwie ciebie!

Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam. Czyli jaką burzę w emocjach wywołała pandemia?

Nie pamiętam, bym kiedykolwiek była bardziej sfrustrowana, niż w ciągu ostatnich kilku miesięcy. I niby wszystko jest dobrze i obiektywnie nie mam na co narzekać, bo nie straciłam pracy, żyje nam się bardzo dobrze i jesteśmy zdrowi, to jednak poziom męczących, drażniących, niepozwalających normalnie funkcjonować emocji powalił mnie na kolana i to nie raz. 

Te emocje nie uderzają w człowieka od razu. One skradają się po cichu, delikatnie, dzień po dniu zaburzając w pocie czoła wypracowany życiowy system. Nadgryzają poczucie sprawczości i pozwalają nam uwierzyć, że jesteśmy do niczego. 

Pamiętam pierwszy lockdown, który był dla mnie niesamowitym doświadczeniem. Pierwszy raz dałam się ponieść społecznej panice. Tak, byłam jedną z tych osób, które robiły zakupy w markecie, jakby jutro świata miało nie być i tylko dodatkowe trzy paczki makaronu mogły nam zagwarantować przeżycie. Pamiętam ciszę na ulicach i fakt, że przestałam słyszeć szum samochodów. Było spokojnie, cichutko. Wszyscy siedzieli jak pikuliki w domach i z czujnością śledzili doniesienia z Polski i ze świata.  Dziwne, ale czułam się wtedy bezpiecznie. Ale im dłużej ten stan trwał, tym robiło się coraz mniej przyjemnie.

Byłam rozdrażniona i sfrustrowana. Czułam wielki wewnętrzny bunt, który nie mijał po pierwszej porannej kawie. Zgubiłam gdzieś moją sprawczość, którą uważałam za swoją siłę i która pozwalała mi trzymać wybrany życiowy kierunek. Bez tej sprawczości czułam się jak wtedy, gdy w wieku 5 lat mama zniknęła mi z oczu i każda komórka mojego ciała mówiła mi, że „się zgubiłam”. Czułam się bezsilna i słaba, mam wrażenie, że nawet bardziej, niż w czasie mojego trwającego ponad trzy lata rozwodu. A to coś jednak znaczy, prawda?

Dla osób takich jak ja, które ze swojej samodzielności i wypracowanych schematów czerpią siłę i odwagę, to była niszcząca zmiana. Bo nagle to, co było dla mnie oparciem, przestało nim być. A świat nie przestał się kręcić i trzeba było dostosować się do zmian, nad którymi nie panujemy. Istny rollercoaster! 

 

FRUSTRACJA i brak poczucia sprawczości

Praca zdalna w połączeniu z nauką zdalną dziecka? Nie, to w praktyce niemożliwe, jedno wyklucza drugie! 

Nie zliczę, ile razy zdarzyło mi się krzyknąć: kto do cholery wymyślił naukę zdalną? Niech teraz za mnie wywiązuje się z zobowiązań i dotrzymuje terminów! Byłam wściekła, zanim jeszcze dzień pracy się zaczął i z wściekłością po południu gasiłam komputer, mając przekonanie, że jestem do niczego, że sobie nie radzę, że do niczego w życiu nie dojdę, że nie dostanę kolejnego zlecenia, bo nie umiem sobie radzić z zadaniami. 

Coraz częściej mówiłam do mojego partnera, że „mam kryzys” i coraz częściej schodziłam z drogi mojemu dziecku, by nie kojarzyło swojego dzieciństwa z wiecznie wkurzoną miną matki. Zaczęłam znowu wstawać o 5:00, by mieć choć złudzenie, że panuję nad sytuacją, przez co byłam wciąż zmęczona, za to frustracja miała się świetnie. 

Moja frustracja to zaciskanie szczęki, poirytowanie wszystkim, co jest nie takie, jak powinno. Zaczynają mi przeszkadzać rzeczy, które na co dzień nie zwracają mojej uwagi. Przez ostatnie miesiące bardzo, ale to bardzo irytował mnie brak zakończonego remontu, czyli coś, czego nie da się zmienić w ciągu 5 minut. Czułam się najgorszą matką na świecie, gdy na sam dźwięk słowa „mamo?”, gdy byłam w trakcie ważnego zadania, zaciskałam mocniej zęby z niezadowoleniem. Im częściej pozwalałam córce oglądać filmiki na YouTube, tym bardziej czułam się jak najmniej kompetentny rodzic na świecie. Nie umiałam pogodzić wszystkich rzeczy, które musiały się zgrać.

Rozmawiałam niedawno z koleżanką ze studiów. Ma dwoje dzieci, starszy synek jest w II klasie szkoły podstawowej, młodszy chodzi do przedszkola. A ona rozwija, a raczej próbuje rozwijać swoją firmę. Powiedziała, że zawsze uważała się za spokojną, opanowaną, cierpliwą i empatyczną mamę, a teraz sama siebie nie poznaje. Krzyczy na dzieci, w domu ma wiecznie bałagan, zaniedbuje obowiązki zawodowe i nie ma czasu dla siebie. Z mężem nie rozmawiają od tygodnia. Pomyślałam sobie wtedy, że naprawdę wiele nas łączy, choć niby życie każdej z nas poszło w zupełnie inną stronę.

Nie jestem psychologiem, nie czuję się kompetentna, by rozbijać frustrację na czynniki pierwsze i radzić Wam z pozycji eksperta, co z nią zrobić. Dlatego, zanim przystąpiłam do opracowywania tego wpisu, porozmawiałam z psychologiem i psychoterapeutą Krzysztofem Kropiszem.

,,Trzeba oddzielić od siebie dwa fakty. Pierwszy – należy przyznać, że pandemia jest trudna organizacyjnie, trzeba na nowo opracować rytm, pogodzić wszystkie obowiązki, a to powoduje obiektywne trudności. Druga rzecz – nie jest kwestią organizacji i lepszego zarządzania czasem to, że w naszych relacjach są głębokie trudności. Pandemia uwidacznia trudności w relacjach domowych, to, że nie umiemy rozmawiać, że się nie lubimy.’’

Frustracja ma niszczycielską moc i zniwelowanie jej wpływu wydaje się być niewykonalne. 

,,Są różne metody radzenia sobie z frustracją, ale trzeba je przetestować, dopasować do siebie. Można te emocje wyrzucić z siebie w trybie uspokojenia, albo zmęczenia. Dla jednych będzie dobre wyciszenie. Jeśli po całym dniu frustracja narasta, może pomóc samotny spacer, głębokie oddychanie, próba medytacji. Dla innej osoby skuteczne będzie zmęczenie się, pobieganie, pójście na siłownię, wyrzucenie z siebie złości. 

Faktem jest, że trudne emocje rozwijają się wolniej, gdy jesteśmy zrelaksowani. Jeśli zaczniemy dbać o ciało, wprowadzić spokój, oddech, relaks, rozluźnienie, to zabierzemy pole do rozwoju frustracji.”

Idąc za radą pana Krzysztofa Kropisza, łapałam się wszelkich możliwych sposobów na to, by odpocząć, wyciszyć się. Pomogła mi w tym choroba zatok, która zatrzymała mnie w łóżku podczas Świąt Wielkanocnych. Trzy dni nie byłam w stanie pracować, córka była ze swoim tatą, mogłam się wyłączyć i zrobiłam to. Oczywiście wyrzuty sumienia nadal drapały mnie od środka i wewnętrzna musztra kazała mi wciąż pamiętać o tym, ile rzeczy czeka, aż je zrobię, ale byłam dzielna i dałam sobie ten czas. 

Dziś, po tych kilku tygodniach, staram się zaczynać dzień od 15 minutowego rozciągania, chodzę na samotne spacer słuchając audiobooka, staram się robić rzeczy, które wymagają skupienia na jednej czynności. I ostatnio nawet leżałam sobie na trawie i patrzyłam na konie pasące się na łące. 

Czy mi to pomogło? Nie do końca, bo mam wrażenie, że ten proces „odfrustrowywania się” wymaga uwagi i pielęgnacji, a nie doraźnego działania. Ale pamiętam słowa psychologa: ,,Jeżeli źródło frustracji nadal będzie biło, to nasze działania będą kręceniem się w kółko. Emocje same się nie ulotnią. Mamy różny poziom wyrażania tych emocji, ale czy je tłumimy, czy je wyrażamy, one nadal mają na nas wpływ.’’ 

Pandemia samotności 

Pamiętam zeszłoroczną Wielkanoc, podczas której nie widziałam się z bliskimi. Boże Narodzenie też nie miało klimatu, gdyż moi Rodzice chorowali na Covid, tata Wigilię spędził w szpitalu. Wielkanoc w tym roku spędziłam we własnym łóżku, chorując na zatoki i czekając na wynik testu na koronawirusa. 

Samotność stała się jedną z definicji pandemii koronawirusa. Izolujemy się, pilnujemy. Przez tygodnie nie można było swobodnie przekraczać granic, przez co wiele relacji zostało przerwanych, mężowie nie mogli spotkać się ze swoimi żonami, rodzice ze swoimi dziećmi. W szpitalach dzieją się dramaty, ludzie umierają, nie mogąc trzymać nikogo bliskiego a rękę. To przeraża! 

,,Samotność to problem rozwiniętych społeczeństw. W Wielkiej Brytanii i Japonii działa już ministerstwo ds. samotności. I choć państwo na ten problem patrzy głównie przez pryzmat wydajności, bo na tym traci gospodarka, to możemy na to spojrzeć nie tylko ekonomicznie, ale i społecznie. 

Pandemia covidu wzmocniła pandemię samotności, która już i tak była. Ta samotność może być faktem fizycznym – osoby po 80. roku życia często są samotne, bo są po prostu same, bliscy zaczynają odchodzić, rodzina się rozproszyła. Ale też bardzo często osoby czują się samotnie w relacjach, w rodzinie, będąc w centrum uwagi.’’ – powiedział Krzysztof Kropisz. 

Czy można dobrze żyć mimo samotności?

,,Antidotum na samotność może być powrót do relacji ze sobą. Trzeba zrobić krok w tył i nie szukać rozwiązania na zewnątrz, tylko w nas.’’  Bo często samotność to nasz nieświadomy wybór. Wybieramy samotność, gdy nie umiemy prosić o pomoc, gdy czułe słowa tęsknoty nie przechodzą nam przez gardło, gdy mówimy zbyt często „sama sobie poradzę”, gdy nie wykazujemy inicjatywy, nie zapraszamy, nie dzwonimy, nie pytamy innych, co słychać. 

Znikamy z życia innych ludzi, dając sobie radę samemu i niczego i nikogo nie potrzebując. A potem z bólem patrzymy, jak nie ma nas już w czyichś planach.   

Rozpad relacji i brak zrozumienia w związkach 

Samotność stała się dotkliwa i namacalna również w domach pełnych ludzi. Jeszcze rok temu śmiano się, że ilość rozwodów drastycznie wzrośnie. Ba! Sama byłam o tym święcie przekonana. Napisałam nawet, że koronawirus będzie naszym testem na miłość i niestety niewielu go zda.

,,Wiele małżeństw przechodzi teraz kryzys. Pytanie – dlaczego? Wcześniej było dobrze, a teraz gdy jesteśmy praktycznie 24h przez 7 dni w tygodniu, to nie możemy wytrzymać ze swoimi partnerami i to budzi naszą frustrację. Ale co jest tak naprawdę powodem tej frustracji, bo przecież mąż czy żona nie zmienili się nagle pod wpływem pandemii, natomiast uwypukliło się to, że coś w tych relacjach jest nie tak.’’ – powiedział psycholog Krzysztof Kropisz.  

Jesteśmy niecierpliwi, humorzaści, rozczarowani i zmęczeni. Często zamknięci w ciasnej przestrzeni niewielkiego mieszkania musieliśmy sprostać wzajemnym oczekiwaniom, oczekiwaniom pracodawcy i naszych dzieci, które nie do końca rozumiały ideę lockdownu, a ich niespożyta energia sprowadziła blady strach na rodziców. Każdy miał nerwy na wierzchu i to powszechne zdenerwowanie przenikało każdą sferę życia. Obarczaliśmy się wzajemnie winą za nieporozumienia, winiliśmy za uczucie niedocenienia i brak pomocy. Każdy najchętniej schowałby się w swoim kącie, ale czasem tej przestrzeni na bycie tylko ze sobą brakowało.   

Zamknięci w swojej bańce frustracji często traciliśmy z oczu naszych bliskich i ich potrzeby.

,,Pandemia jest dobrym pretekstem do tego, by zacząć ze sobą rozmawiać, w małżeństwie czy z dziećmi, nawiązywać dobry dialog, który teraz jest trochę wymuszony, bo jeszcze niedawno połowę dnia spędzaliśmy osobno. Chcąc nie zwariować, musimy nauczyć się nie tylko rozmawiać, ale i słuchać. To może być paradoksalnie punkt zwrotny, który może pokazać nam lepszą drogę.’’

Ja też zrobiłam masę błędów w relacji z moim partnerem. Nie raz oberwał moją frustracją, gdy nie radziłam sobie z obowiązkami. Zdarzyło mi się powiedzieć o jedno słowo za dużo. Zdarzyło mi się trzaskać drzwiami, wychodzić z domu, warczeć, ironizować i ranić uszczypliwością.

Ale też się czegoś nauczyłam. Przede wszystkim, gdy przesadziłam, przyznawałam się do winy. Przyznawałam się do słabości. Słowo „przepraszam” nie raz padło z moich ust i za każdym razem odrabiałam pracę domową, by to faktycznie był ten ostatni raz.  

Nauczyłam się też prosić o pomoc. Bywały dni, gdy moje nerwy skaziły mi mózg tak, że wystarczyła iskra, bym wybuchnęła. Wtedy pisałam SMS-a o treści „mam kryzys” i nie musiałam dodawać nic więcej. Otrzymywałam doraźną pomoc w postaci ciszy, spokoju, obiadu i umytych naczyń. Moje dziecko było zaopiekowane, nakarmione, a ja dostawałam herbatę i kanapkę i mogłam sobie siedzieć w ciszy w zamkniętym pokoju, aż mi przeszło. Jestem szczęściarą, że nie zostałam na placu boju sama ze swoją frustracją. Cieszę się, że nauczyliśmy się komunikować ze sobą i słuchać, gdy któreś z nas miało gorszy dzień. 

Krok bliżej do depresji

Nie chorowałam nigdy na depresję. Tylko na początku tego roku mój nastrój mogłam opisać jako ,,depresyjny’’, na szczęście udało mi się wyjść na prostą. 

Ale właśnie to hasło ,,stany depresyjne’’ bardzo często pojawiało się w krótkiej ankiecie, którą przygotowałam dla moich Czytelniczek. Tak jakby wszystkie trudne emocje, które wiążemy z pandemią, tworzyły jeden wspólny stan – stan niemocy, bezsilności, załamania i niechęci.  

Także i o to zapytałam psychologa Krzysztofa Kropisza: ,,Pandemia nie przyczyniła się do powstania nowych kategorii problemów psychicznych, bo przecież nikt nie powie: moim problemem jest to, że jest pandemia. Jeśli są natomiast osoby, które mają tendencję do nastrojów depresyjnych, albo przeszły już w życiu etap ze znacznie obniżonym nastrojem, to lockdown mógł przyczynić się do pogorszenia ich stanu psychicznego. I właśnie w związku z tym pogarszającym się stanem, pacjenci decydują się na wizytę w gabinecie psychologa czy terapeuty.’’

Wynika z tego, że mierząc się z początkowymi objawami depresji, niektórzy zostali wrzuceni w nową sytuację pandemii, co bardzo utrudniło bycie w codzienności. Natężenie stresu, bezsilności i złości sprawiło, że coraz częściej nasz nastrój nazywamy depresyjnym, coraz częściej to hasło wybrzmiewa w naszych głowach. Nie ma prostej metody na depresję, to choroba, którą trzeba traktować bardzo poważnie i równie poważnie podejść do jej leczenia.  

Najważniejsze, to nie zostawiać swojego samopoczucia tylko dla siebie. Czasem wystarczy jedna rozmowa, by nadać pracy nad swoim samopoczuciem bieg. Czasem fizyczne zmęczenie i codzienny trening pomagają odsunąć ciężkie myśli na bok. Podzielam zdanie psychologa: ,,20-minutowy spacer codziennie jest dużo lepszą praktyką, niż staranie się, by myśleć pozytywnie. Nie doceniamy ciała, a dla procesów psychicznych odgrywa znaczącą rolę. Dbajmy o nie, choć w czasie lockdownu nie jest to proste, ale jeszcze bardziej potrzebne niż dawniej.’’

Czego boisz się naprawdę?

Rozmowę z Krzysztofem Kropiszem zaczęłam od lęku. ,,Są osoby, które mają w sobie dużo lęku, ale towarzyszy im on już dość długo. Lęk pojawiał się do tej pory podczas zakupów, czy w pracy, w sytuacjach społecznych. Covid zwielokrotnił, spotęgował te lęki. Bo nie dość, że muszę sobie radzić z lękiem, który na co dzień mi towarzyszył, to jeszcze odczuwam lęki związane z obawą o to, czy się nie zarażę, oraz czy nie zarażę bliskich. Ewidentnie pogorszyła się sytuacja u osób z wysokim poziomem lęku.’’ 

To jest stan, który znamy wszyscy, połączył nas szczególnie w pandemii, bo boimy się niemal wszystkiego. Lękamy się, że możemy kogoś zarazić, że ktoś zarazi nasze dzieci, że umrze nam ktoś bliski, że stracimy pracę i nie będzie z czego spłacać rat kredytu za mieszkanie. Jak sobie z tym lękiem radzić?

,,Nie poradzimy sobie z lękiem prostymi technikami. Zrozumienie, skąd on się bierze, gdzie jest jego źródło, jest tym, co ma szansę sprawić, że ten lęk osłabnie. Dobrze jest określić, czego ja tak naprawdę się lękam. Zasada jest taka, że im bardziej ten lęk w głowie jest nieokreślony, tym bardziej jest straszny. Im bardziej go sprecyzujemy, tym bardziej odbieramy mu siły. Warto spróbować lękowi spojrzeć w oczy.’’

Silna bezsilność

Ten akapit jest zdecydowanie o mnie. Nie lubię czuć się bezsilna, odbiera mi to energię i zaczynam wątpić w swoje działanie. Lockdown i wszelkie obostrzenia, których doświadczyliśmy, pokazały mi, jak niewiele trzeba, by stracić grunt pod nogami, by dać się porwać bezsilności, która razem z frustracją tworzą mieszankę wybuchową. 

Jak pracować z bezsilnością? Nie jest to może stan tak druzgocący jak lęk, ale równie dokuczliwy, zwalający z nóg i przekreślający wytrwale budowaną pewność siebie. Zapytałam o to psychologa: ,,Żyjemy w przekonaniu, że na większość rzeczy mamy wpływ, że nasze życie od nas zależy i to my trzymamy je w naszych rękach. Tak nigdy nie było i nigdy nie będzie i covid nam to pokazał. Jako ludzie ulegliśmy pokusie myślenia, że wszystko jest od nas zależne i możemy panować nad wszystkim, a tak nie jest. Nie da się uciec od tego, że jesteśmy bezsilni, natomiast bez pandemii też tak było, bo przecież jesteśmy bezsilni, gdy nam ktoś zachoruje, albo gdy zwalniają nas z pracy, gdy jest wypadek, gdy ktoś umrze, gdy jest kataklizm. Rodzimy się bezsilni. Covid pokazał nam dobitnie, że takie jest nasze życie i nie zawsze nad wszystkim panujemy. Dobrze jest przyjąć to do wiadomości, że nie zawsze i nie wszędzie możemy kreować swoje życie tak, jakbyśmy tego chcieli. Życie stawia nam warunki i ograniczenia, i od nas zależy, jak się w tym odnajdziemy.’’ 

Pomogło mi odpuszczenie obowiązków na siłę. Na siłę, bo wbrew tej dziewczynie, która lubi dotrzymywać terminów i nie lubi się spóźniać. Po prostu sprawdziłam, czy faktycznie świat zauważy, że zrobiłam sobie dzień przerwy. Nikt nie zauważył. Później ośmieliłam się odpuścić kolejne zadania i przełożyć je na dzień, gdy będę miała siły się z nimi zmierzyć. Znowu świat się nie zatrzymał.  

,,Często mówimy, że jeśli chcemy dobrze żyć i po swojemu, to nie możemy ulec ograniczeniom i właśnie to myślenie życzeniowe prowadzi do frustracji i poczucia bezsilności. Ale jeśli spojrzę na swoje ograniczenia i na to, co mogę z nimi zrobić, może się okazać, że dobrze sobie z tą bezsilnością radzę.’’

Kiedy zgłosić się po pomoc do specjalisty? 

,,Jeżeli widzimy, że już nie mamy siły, że życie nas przytłacza, że nie jesteśmy sami sobie w stanie poradzić, że rzeczy, które robiliśmy systematycznie, dziś odpuszczamy, bo nie mamy siły, czujemy, że coś się zmieniło, że mamy długotrwale obniżony nastrój, czy poziom lęku się zwiększa – warto wtedy iść do psychologa czy psychiatry. Po to, by pomóc sobie psychologicznie i farmakologicznie, by przerwać pętlę niemocy. Gdy widzę w sobie zmianę i mam poczucie, że życie mnie przerasta – powinienem zgłosić się po pomoc.’’ – powiedział Krzysztof Kropisz. 

Psycholog Krzysztof Kropisz na co dzień współpracuje również z serwisem Hey Doc, który jest partnerem tego wpisu. 

Hey Doc to platforma, dzięki której kontakt z lekarzami ciała i duszy jest nie tylko ułatwiony, co znacznie szybszy niż dotychczas. 

Jak działa platforma Hey Doc?

Ten serwis został zaprojektowany tak, by do minimum skrócić proces umówienia wizyty u lekarza. Korzystanie z Hey Doc jest bardzo proste.

  1. Wpisujesz adres www.heydoc.pl w wyszukiwarkę
  2. Klikasz w pomarańczowy button ,,Umów wizytę’’
  3. Wybierasz specjalizację lekarza, z którym się chcesz skonsultować – na przykład internistę, psychologa, dermatologa, ginekologa, itp. 
  4. Wybierasz formę spotkania: telefon, czat lub wideokonferencja (cennik jest podany z góry!)
  5. Wybierasz termin!

 

Co ważne, masz szansę na konsultację z lekarzem nawet w ciągu 15 minut. Wielką zaletą jest możliwość samodzielnego wyboru terminu spotkania ze specjalistą – jeśli Twoja sprawa nie może czekać, masz szansę na bardzo szybką konsultację. Wizyta trwa 30 minut, a przez kolejną dobę, w razie pytań czy wątpliwości, nadal możesz kontaktować się ze swoim lekarzem. Jeśli potrzebujesz e-recepty, będzie ona widoczna na Twoim koncie, a jeśli musisz iść na zwolnienie lekarskie, L4 zostanie automatycznie wysłane do ZUS-u.  

Dlaczego polecam platformę Hey Doc?

Ja wiem, jak ciężko jest zmobilizować się do tego, by poprosić o pomoc, szczególnie, gdy cierpi nie ciało, a dusza. Zawsze nam się optymistycznie wydaje, że samopoczucie samo się poprawi, a to, czego nie widać na zewnątrz, to tego nie ma. 

Gdy zbieramy się pół dnia, by podnieść słuchawkę i zadzwonić, gdy irytuje nas bariera dostępu do służby zdrowia, gdy nie chcemy głośno mówić w recepcji o naszych prywatnych problemach i uciekamy przed ludzkimi spojrzeniami – szybka rejestracja przez internet naprawdę może być jedynym sposobem, by skorzystać z pomocy. 

Co więcej, w serwisie Hey Doc możesz otrzymać bezpłatną odpowiedź na Twoje pytanie. Wystarczy, że klikniesz w zakładkę ,,Zapytaj lekarza’’, wybierzesz lekarza czy specjalistę, na którego opinii Ci zależy, zadasz swoje pytanie i prześlesz do weryfikacji. Wybrany przez Ciebie lekarz w ciągu 48h przygotuje odpowiedź, a Ty otrzymasz powiadomienie drogą mejlową. 

Ten wpis jest dedykowany naszemu samopoczuciu, które uległo pogorszeniu w ciągu ostatniego roku. Nie każdy z nas umie na własną rękę sobie pomóc, nie każdy wie, jak przynieść ulgę swoim emocjom, nie każdy rozumie swoje nastroje. Dobrze jest rozgryźć to, co nas uwiera i poznać genezę swojego złego samopoczucia. Jeśli, mimo wielu prób, nie radzisz sobie samodzielnie z frustracją, bezsilnością, wypaleniem, stanami depresyjnymi – skonsultuj się ze specjalistą. 

Pamiętaj – każda z nas jest inna. Nie na każdą z nas zadziałają porady z kolorowych magazynów. Nie zawsze to jest ,,takie proste’’. Jeśli męczą Cię Twoje własne nastroje, ale czujesz obawę przed opowiadaniem o sobie innym – skorzystaj z konsultacji w formie czatu. To może być początek Twojej walki o dobre samopoczucie. 

 *Wpis powstał we współpracy z serwisem Hey Doc

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *