
Niemal biegłam na tramwaj. Jeszcze nie spóźniona, ale to tylko kwestia czasu. Wkurzona, że mi net w telefonie nie działa i nie mogę posłuchać audiobooka, od którego nie mogłam się oderwać. Byłam bez śniadania i przed kawą. Nie mogłam kupić biletu przez aplikację, bo net leciał jak krew z nosa, a mnie szlag trafiał w rytmie własnego pulsu. Normalnie mój dzień, pomyślałam! Brawo ja! I jeszcze na dodatek tramwaj gwałtownie zahamował, na mnie wleciały dwie studentki, a ja wbiłam się w kasownik.
Normalnie koniec. Mam dość, a nie ma jeszcze 9:00 rano. I wtedy patrzę na babeczkę, która siedzi sobie pod oknem, słucha muzyki, patrzy spokojnie za okno i ma, generalnie, wszystko gdzieś. Nie widać na jej twarzy cienia porannego napięcia. Takiej to kawa nie potrzebna. Na koszulce ma napis ,,balance”.
No jasne. Hhahahahahha dobre, pomyślałam. I gdy już prawie miałam ją zapytać, gdzie kupiła tę koszulkę z tym bzdurnym napisem, był mój przystanek. Wysiadłam. Wysiadłam i coś sobie pomyślałam.
Mówią, żeby w życiu szukać balansu. Że to odpowiedź na to, że nam się nie udaje. Ciągle jesteśmy do tyłu ze swoim własnym życiem i prędzej dogoni nas starość, niż my tę harmonię. Jesteśmy bezlitośni dla siebie. Ciągle, codziennie, 24h mówimy sobie, że robimy za mało, za mało mamy i w ogóle jesteśmy ,,za mało”.
Balans brzmi jak zegarek na komunię, jak nowy słoik nutelli, jak ciepłe kraje w lutym i obiad u mamy. Lubimy go tylko w teorii. W praktyce ciśniemy się aż do utraty tchu. Doskonale to rozumiem, bo jestem dokładnie taka samiusieńka. Jak odchudzanie to drastyczne. Jak praca to od razu kilka projektów na raz. Jak zdrowe jedzenie to wykupuję cały sklep. Jestem zerojedynkowa. Wszystko albo nic.
Będę jednak dla siebie trochę łagodniejsza, a przede wszystkim fair. Uczę się i odrabiam pracę domową.
To jest bardzo proste (wiem, w teorii, ale mimo wszystko proste, nawet żeby tylko to zrozumieć). Jeśli mam ochotę – pójdę na imprezę i wypiję pół wina. Ale następnego dnia wypiję 10 litrów wody. Wyjadę na weekend, a następnego zostanę w domu. Wydam pół wypłaty na bzdury, a za miesiąc postanowię, że zbieram na wakacje. Godzinami będę rozmawiać przez telefon, by później przez kilka dni nie rozmawiać z nikim, bez powodu. Będę płakać, gdy będę smutna i będę śmiać się, gdy będę szczęśliwa. Będę żreć lody, gdy ktoś mi złamie serce i będę wpieprzać kiełki, gdy przyjdzie czas na bycie git-fit. Będę sobie coś nakazywać, by potem sobie odpuścić.
Ten balans to chyba po prostu traktowanie siebie jak człowieka, nie jak manekina, po którym wszystko spływa, który się nie męczy stojąc 24h, który ma gdzieś trendy i spojrzenia obcych ludzi.
Balans to powiedzenie sobie, że zasługuję, mogę, potrzebuję. I mam prawo do tego, by robić to, co chcę, a nie to, co muszę.
Życzę Wam nie tyle balansu, choć tego też. Ale pozwolenia sobie na to, by tego balansu spróbować. Na błędy i porażki z tym związane.
Zaakceptujcie to, że w Was jest wiele osób – aktywna i leń, zmęczona i naładowana słońcem, głodna i nażarta, zakochana i samotna, trzeźwa i pijana, empatyczna i egoistyczna, spontaniczna i zachowacza. Zamiast z nimi walczyć, może warto spróbować się z nimi dogadać. I każdej z tych stron dać chwilę swojego czasu i uwagi.






