
To takie straszne. Takie durne. Że ten urlop taki wyczekany, okupiony długimi godzinami jazdy, śpiewania ,,hakuna matata” marudzącym Dziewczynkom, pięcioma kawami na stacji i jednym hot-dogiem z kiełbasą, nie parówką, bo nie było, i… i pada. I zimno.
Chciałoby sie pospać. A zwiedzać trzeba.
Zoo, Tropicanarium. Centrum Budapesztu. Żeby tak nasycić się tym miastem, to trzeba by było zostawić Dziewuchy Dziadkom i wyjechać na tydzień samemu. To jak jedzenie cukierka przez szybę. Poziom mojej satysfakcji nie jest wysoki. Ale to znak, że jeszcze tam pojadę.
A teraz? Kierunek Praga.



































