Nie wiedziałam, jak nazwać tego posta, bo u mnie nowości to za duże słowo. Ja kosmetyki jakieś tam posiadam, ale trafiają do mnie przez przypadek. A skoro tak jest i pogodziłam się z tym (różnicę zazwyczaj wyczuwam po zapachu jedynie), czas wyciągnąć wnioski i zastanowić się, czy jest coś w mojej łazience, co z przyjemnością używam. Nawet jak nie muszę, to użyję, a co!

Postanowiłam, w myśl zasady ,,nie wiem, to się wypowiem”, popełnić wpis o kosmetykach. Po co się ograniczać w nowym, jeszcze świeżym tygodniu? 🙂

Zapamiętuję kosmetyki, które ładnie pachną. Mam kilka ulubionych, jak olejek, który kiedyś dostałam od Hafiji, a który oszczędzam od miesięcy, żeby jeszcze trochę zostało, bo nie mogę znaleźć takiego nigdzie. Zauważyłam, że te, pięknie pachnące używam bardziej regularnie, pamiętam o nich po prostu.

Oto moje najnowsze odkrycia. Kolejność przypadkowa. 🙂

DSC_0077

Szampon do włosów Klorane. Dostałam od siostry i pewnie tylko dlatego do mnie trafił. Bo ja nie interesuje się kosmetykami na tyle, by je testować. Ale, ale… Przyszedł dzień, w którym trzeba było wyglądać jak człowiek w 5 minut i wtedy, no proszę, suchy szampon do włosów okazał się must have’em mojego poranka. Totalnie nieoczekiwanie. W dodatku pachnie jak dziewczyńskie dezodoranty z czasów podstawówki. 🙂

Krem rozświetlający Corine de Farme dostałam w prezencie kilka tygodni temu, schowałam gdzieś i potem nie mogłam znaleźć. Przezimował kilka tygodni, aż w końcu wpadł w me ręce i to we właściwym czasie. Wiosenno-letnim. Pachnie bardzo świeżo i przyjemnie, i gdy wstaję rano (od ponad tygodnia o 5:00), w połączeniu z chłodnym prysznicem jest istotna częścią mojego poranka. Bardzo lekki, momentalnie się wchłania, ładnie pachnie, nie lepi się. Faaajny jest. 🙂

Olejek arganowy Bielenda trafił do mnie w chwili, gdy zapragnęłam być królowa mojego życia, także w łazience. Mam takie zrywy raz na dwa, trzy miesiące, gdy regularnie przez kilka dni wklepuję w siebie balsamy i pamiętam o odżywce do włosów… W każdym razie, jak już trafił, tak został, nawet wtedy, gdy zryw mi się skończył. Nie pachnie prawie niczym, ale nie szkodzi. Wklepuję go wieczorem, a rano rzeczywiście widzę, że był. Bo jakoś przyzwoicie wyglądam. 🙂

Serum Scalające Rozdwojone Końcówki Pantene nie raz uratowało moje skołtunione włosy. Czasem tak mam, że moje włosy, gdy same wysychają, robią się sianowate. Nie mogę tego znieść, i jak tylko wyczuwam, że mają taki zamiar, traktuje je tym specyfikiem i już jest spokój. I dzięki niemu łatwiej mi je rozczesywać. I tak – też bardzo ładnie pachnie. 🙂

Tonik Róża (a raczej Tonik Ruza) firmy nieznanej mi wcześniej Nikel, to jedyny tonik od 2 lat, który mam. I to nie dlatego, że z buzi robi mi twarz dwudziestki, ale pachnie jak moje pierwsze perfumy, które w pierwszej klasie LO zakupiłam w Rossmanie. Wiecie, ten klimat pierwszych domówek… 🙂

Odżywczy krem z masłem cupuacu i masłem karite – totalnie nie wiem, co to do jasnej ciasnej jest, ale to nic. Lubie go używać na noc, pachnie jak kakao. 🙂 Jest naprawdę wspaniały, pachnący, upiększający, pielęgnujący i wszystko w jednym. Szkoda tylko, że już się kończy. 🙂 Oj, nie żałuje go sobie, cóż…

PS Nie wiem, czy podobają Wam się takie posty na Tekstualnej. Dla mnie to nowość, ale w końcu blog jest o zaczynaniu od nowa. Równie dobrze może być o zaczynaniu kremu od nowa, bo jest dobry haha (taki żarcik, puchar za suchar! 🙂
To jak? Ok?

M. <3

DSC_0076