Chodziliśmy spać o 18:00, by nie czuć głodu. Rozmowa o wojnie z Narine Szostak.

Nie wiesz, co robić? Nie martw się, ja też. Nigdy nie byłam w takiej sytuacji, nigdy nawet nie myślałam, że będę. Widzę, że nikt z nas nie umie sobie wyobrazić wojny, bo niby jak? Dla nas to nie do pojęcia, niemożliwe, żart, pomyłka. To jest odcinek serialu SF, którego akcja dzieje się we Wschodniej Europie.  

Nienawidzę wojny. To doświadczenie jest tak wyniszczające, że trudno to sobie nawet wyobrazić. 

Narine Szostak pochodzi z Armenii. Miała kilka lat, gdy wybuchła tam wojna. Choć jej doświadczenia mają korzenie w innej przestrzeni geopolitycznej, strach zawsze jest ten sam. Od ponad dwudziestu lat mieszka w Polsce. To tu założyła rodzinę, także w Polsce głośno mówi o problemie niepłodności. Jest autorką inicjatywy #JestemN97 oraz projektu Płodność Start

Doświadczenie wojny wdrukowuje się w ciało. Każdy milimetr mojego ciała reaguje dziś tak, jak 30 lat temu. Od wczoraj obserwuję u siebie takie same reakcje na stres, jakie czułam, gdy mieszkałam jeszcze w Armenii. 

Zaczęło się od trzęsienia ziemi 

W 1988 roku w Armenii miało miejsce potężne trzęsienie ziemi. (Wikipedia:  trzęsienie ziemi, które 7 grudnia 1988 roku nawiedziło północną Armenię, zabijając co najmniej 25 tysięcy ludzi i powodując ogromne zniszczenia jest największą tragedią sejsmiczną w nowoczesnej historii regionu). Zanim naród zdołał wyjść z szoku, zaczęły się rozruchy wojenne, wrogie ruchy Azerbejdżanu względem ziem Górskiego Karabachu, czyli pasa pomiędzy Armenią a Azerbejdżanem. Ktoś stwierdził, że gdy kraj jest w opłakanym stanie, ludzie nie mają co jeść, trwa generalnie kryzys humanitarny, to jest to idealny moment, by zaatakować. 

Gdy wybuchła wojna, miałam 6 lat. 

Odcięto nam prąd, potem wodę, gaz. Nie było nic. Doszło do tego, że na człowieka, bez względu na to, ile miał lat, przypadało 25 deka chleba dziennie. Gdy w Polsce w sklepach był ocet, w Armenii nie było nawet tego. 

Mieszkałyśmy z mamą i siostrą w samym centrum Erywania (Wikipedia: Erywań, stolica i największe miasto Armenii, prowincja specjalna, jeden z głównych ośrodków przemysłowych, naukowych i kulturalnych Zakaukazia. Jedno z najstarszych miast regionu, o ponad 2800-letniej historii, założone jako Erebuni w 782 p.n.e.), naprzeciwko opery narodowej, tam, gdzie odbywały się wszystkie protesty. Wszystko, co tam się działo, działo się pod naszymi oknami 24 godziny na dobę. 

Gdy wybucha wojna, tracisz wszystko. Dosłownie wszystko. Pan w telewizji o 22:00 ogłasza, że w nocy następuje zmiana waluty i że Armenia przechodzi na walutę własną, uniezależniając się od ruskiego rubla. To sprawia, że majątek, który jeszcze masz, następnego dnia jest warty jedynie 10% tego, co dnia poprzedniego. Ludzie w panice zaczęli wymieniać pieniądze, ale wiele banknotów po prostu zgniło w bankach. Moja mama w ciągu godziny wpadła w ogromne długi. 

Inflacja była tak wielka, że za worek pieniędzy, które zarobiła moja mama, można było kupić kilogram cukru. Pieniądze w ciągu jednej nocy straciły po tysiąckroć na wartości.  

Gdy kryzys w Armenii nabrał wielkich rozmiarów, wprowadzono godzinę policyjną, była zima… pamiętam jeden obraz, który wrył mi się w pamięć. W okolicach 4-5 rano cała banda dzieciaków z osiedla wstawała, by pójść do piekarni i zająć miejsce w kolejce. To był jedyny sklep na całe duże osiedle. Pamiętam, że odbieraliśmy to jako formę zabawy, gry terenowej. Rodzice dość naturalnie wpletli nas w wojenną rzeczywistość. Z jednej strony było w nas poczucie obowiązku, z drugiej to była przygoda, czuliśmy się dorośli.

Towarzyszyło nam wieczne uczucie niewiedzy. Nie do końca wiedzieliśmy czym przyszłość może być, byliśmy dziećmi. Nie docierało do nas to, co się dzieje. Byliśmy w wiecznej gotowości.

Kiedy myślę o swoim dzieciństwie, nie widze kolorów. Widzę szarość, czerń i biel. Nie było kolorowych rzeczy, zabawek, tego wszystkiego, co by dodawało nutę optymizmu. Musieliśmy optymizm znaleźć w sobie i on wynikał zawsze z siły, z przygotowania. Optymizm nie wynikał z niewinności, z bycia dzieckiem, tylko z gotowości.  Dni spędzało się w mroku. Ciemność sprzyjała opowieściom o kosmosie, ufo, wywoływaniach duchów. 

3/4 chleba na dzień 

Dostawaliśmy kartki na chleb na 30 dni w miesiącu. Ja do domu przynosiłam 3/4 chleba, taki był nasz przydział. Dodam, że chleb nie bywał codziennie… Ponadto państwowo przydzielono nam 20 litrów ropy na miesiąc. Wychodziliśmy z 20-litowymi kanistrami, żeby mieć co palić i móc ogrzać ręce przy palnikach na ropę. 

Kładliśmy się spać o 18:00, żeby nie czuć głodu, zwłaszcza w zimie. Latem było łatwiej o jedzenie.

Z czasem przenieśliśmy się do domu babci, gdzie mieszkaliśmy z całą dużą rodziną, było nam raźniej. Mieliśmy ogródek. Prawie całą wodę przeznaczaliśmy na podlewanie go.

Z Iranu przyjeżdżały do nas tiry z pomocą. Dostawaliśmy mięso w proszku, mleko w proszku, ziemniaki. Pamiętam, że ziemniaki kroiliśmy na pół, kładliśmy w zimie na piecu i przykrywaliśmy garnkiem. Czasem jedliśmy też makaron, ale bardzo rzadko. No i ten dzienny przydział chleba.

Jak smakuje mięso w proszku? Strasznie. Do dziś wielu Ormian się zastanawia, czy to była żywność dla ludzi. Ale jak jesteś w sytuacji, gdy nie masz co jeść, to jesz to, co możesz, nie wybrzydzasz. W pewnym momencie rozumiesz już, że jak nie zjesz, to umrzesz, wiec jesz cokolwiek.

Armenia w pewnym momencie została ogłoszona łysym krajem. Był taki kryzys, że nie było drzewa, które moglibyśmy spalić na opal. Wszystko zostało już ścięte. 

W szkole wszystkie parkiety, klepka po klepce, trafiały do pieca, ustawionego na środku sali lekcyjnej. Żeby w tych chwilach, gdy szkoła była otwarta, było nam ciepło. 

Wyobraź sobie takie coś dzisiaj w środku Europy.

Nie, nie wyobrażam. 

Nie da się przygotować do wojny

Jesteśmy nieprzygotowani. Wciąż myślimy, że zawsze można się dogadać na argumenty. Jesteśmy zaskoczeni agresją serwowaną wprost, nie jesteśmy, jak widać, do niej przyzwyczajeni.

Nie da się przygotować do wojny. Bo nawet jeśli masz w głowie wcześniej przygotowany plan, gdy słyszysz świst bomby, twoje ciało reaguje inaczej, niż byś oczekiwała. Ale myślę, że jest cos takiego w ludziach, że potrafimy się adaptować, gdy chcemy żyć. Chęć przetrwania jest tak silna, że jesteśmy w stanie przeżyć bardzo wiele.

To, co możemy zrobić, to przede wszystkim sprawdzać źródła, z których czerpiemy informacje. Warto wprowadzić limit na oglądanie wiadomości. Od oglądania doniesień od rana do wieczora sytuacja się nie zmieni. Uwierz,  jakby cos się działo, informacja dotrze do ciebie w minutę, nawet przy wyłączonym telewizorze i braku internetu. 

Aktywnie pielęgnujemy w sobie panikę. Ona nas nie wzmacnia, wręcz przeciwnie, wysysa z nas całą energię. Czuję opór przed przygotowaniem. Jak myślę, że powinnam podjąć jakieś działanie, to nie chcę tego robić. Gdy słyszę, że mam zrobić zakupy, zaczyna się we mnie gotować. Nie jestem przygotowana na przygotowywanie się.  

To jest Twój mechanizm obronny, który się włącza, co jest naturalne.

Jesteśmy pokoleniem, które nie doświadczyło wojny, zagrożenia na taką skalę. Nie umiemy wyobrazić sobie konsekwencji, ani przyszłości innej niż ta, którą chcemy mieć.  

Czy to jest cos złego? Moim zdaniem to jest dobre wbrew pozorom, bo świeże spojrzenie jest potrzebne. Doświadczenie, takie, które mam ja, może bardziej stresować. To dobrze, że nie wszyscy widzieli wojnę. 

Dziś stoimy przed sytuacją, którą warto wykorzystać na chwilę refleksji. Kim jestem jako człowiek. Jakie mam ideały. Co jest dla mnie ważne. Idąc w stronę duchowości, zbliżenia się do Boga, stwórcy, może warto zrobić rachunek sumienia. Brutalną spowiedź przed sobą. Być może złożyć jakąś przysięgę, deklarację, obiecać coś sobie i tego słowa dotrzymać, gdy losy Europy okażą się dla nas łaskawe. 

Pamiętaj, ze nie możesz się przygotować na wojnę, bo na wojnę nie można się przygotować. Bo jak? 

Nie można, bo nawet nie wiedziałabym, od czego zacząć. Nie znamy przyszłości, nie umiemy przewidzieć, co wydarzy się za tydzień czy dwa miesiące. Ale bardzo potrzebujemy poczuć, że nasze starania przynoszą efekt, że nasze akcje przynoszą skutek, że mamy wybór, że możemy być sprawczy. Nie chcemy biernie patrzeć na wydarzenia, które mają miejsce tuż obok nas. Chcemy mieć wpływ, bo bez tego poczucia wpadamy w panikę, gubimy się.  

Moje doświadczenie pozwoli mi być wsparciem dla innych. I w tym znalazłam cel, poczułam ulgę myśląc o przyszłości, która może, choć nie musi się wydarzyć. Mam cel, mogę się na czymś skoncentrować, mogę coś zrobić. Czuję w sobie siłę, by stanąć do tej sytuacji. 

Pamiętam, jak zabezpieczaliśmy okna mokrymi szmatami, by do domu nie dostały się różne toksyczne substancje. W szkole mieliśmy nawet zajęcia z przetrwania. Pokazywano nam, jak się zakłada maski gazowe, gdzie się schować w przypadku wybuchów i trzęsienia ziemi, tłumaczono, żeby zawsze mieć za plecami ścianę nośną, a nie działową.

Masz plan na czarną godzinę? 

Zrobiłam plan na czarną godzinę. I to przyniosło mi ulgę. 

Plan daje poczucie sprawczości. Pozwala Ci odzyskać panowanie nad sytuacją, choć pozorne, choćby na chwilę. W ogóle potrzebujemy poczucia, że panujemy nad tym, co się dzieje w naszym życiu, ale uniemożliwia nam to fakt, że nie rozpoznajemy własnych emocji. Nie umiemy nazwać swoich uczuć, kieruje nami nienazwany lęk, poczucie zagrożenia, którego nie rozumiemy. To dla nas nowa sytuacja, którą musimy po prostu przeżyć. Ja w trudnych dla mnie sytuacjach wyciągam notes i piszę, cokolwiek czuję, że chcę napisać. 

Jest takie ćwiczenie, które proponuję kobietom podczas sesji facylitacyjnych w temacie niepłodności. Bierzesz trzy czyste kartki. Na jednej wypisujesz swój problem, to, czego się boisz, czego nie chcesz. Na drugiej piszesz o swojej przyszłości, takiej, której chcesz doświadczyć, na którą czekasz. Na trzeciej kartce wypunktowujesz sposoby na osiągnięcie tej wymarzonej przyszłości. Nagle się okazuje, że umiesz sama znaleźć kilka sposobów na to, jak sobie poradzić, jak zmienić bieg zdarzeń. Bez niczyjej pomocy.

Nie musisz zmieniać swojego profilowego  

Wczoraj, kiedy wszyscy zaczęli zmieniać zdjęcia profilowe na te z ukraińską flagą, ja się powstrzymałam. Nie zgadzam się na wybiórczą solidarność, stawiam na empatię i zrozumienie. Chciałabym, by nie było sytuacji, gdy ktoś dziś solidaryzuje się w mediach społecznościowych z Ukrainą, a na co dzień krzywo patrzy na kierowcę Ubera, który mówi po polsku z akcentem. Trzeba być solidarnym każdego dnia, nie tylko od wielkiego kryzysu. Oburza mnie solidarność zabarwiona hipokryzją. 

Wczoraj zaczęłam wyprzedaż ciuchów na Vinted. Pomogło mi to poukładać myśli, zając się czymś, by nie śledzić wciąż wiadomości na TVN24. Zostałam zganiona przez użytkowników Instagrama. Ale zanim zajęłam się układaniem ubrań, zadzwoniłam do przyjaciela. Zapytałam, gdzie jest, czy jest cały i zdrowy, czy jego mama na Ukrainie jest bezpieczna. Czy ja mam dzwonić do niego na lajwie na Instagramie, by udowodnić, że jestem czułą i empatyczną, solidaryzującą się z innymi osobą? Nie. 

To, co powinniśmy robić, to kontynuować nasze życie i wyciągać wioski z tego, co widzimy. 

Wszystkie miękkie akty solidarności, jak dodanie flagi Ukrainy na swoim profilu w social mediach,  są ok, ale sytuacja wymaga od nas nieco większych aktywności. Nie musisz zmieniać profilowego na Facebooku, ale jak zobaczysz na przystanku osobę  z Ukrainy, zapytaj, jak się czuje, czy jej czegoś nie potrzeba, czy czuje się bezpiecznie, czy możesz jakoś pomóc. Daj swój numer telefonu. To są rzeczy, które możesz zrobić i to ma realną wartość.

Wszyscy się boimy, z traumą powojenną i bez niej 

Z całą pewnością mam traumę powojenną. Ona się przejawia na różny sposób. Teraz na przykład nie martwię się tym, jak ja sama sobie poradzę, ale jestem matką i gdy patrzę na moją córkę, uderza mnie fala emocji.

Gdybyś mogła oszczędzić swojej córce jednego, jedynego doświadczenia wojennego, co by to było? 

Byłoby to dzieciństwo bez kolorów. Gdybym miała pakować walizki to jedną z pierwszych rzeczy byłyby jej zabawki, rzeczy, które będą wspierać ją w byciu dzieckiem jak najdłużej.

Moja mama jest bohaterką. Gdy wracam pamięcią do tych dni, jestem pełna podziwu dla niej. Ludzie załamywali ręce, a ona dalej kombinowała, próbowała, oczywiście kosztem swojego zdrowia psychicznego. Gdyby nie ona, nie wiem, gdzie bym teraz była. 

Potrzebujemy być silni psychicznie. Jeśli teraz zamęczymy nasz umysł przewidywaniami, zamartwianiem się, doniesieniami, wałkowaniem tego, panikowaniem, nie będziemy silni, gdy przyjdzie potrzeba. 

Spokojnie. Póki galerie handlowe są otwarte, nie jest tak źle.  

2 komentarze

  1. Wojna zmienia perspektywę, Nagle spojrzałam na swoje mieszkanie i nadmiar rzeczy innym okiem. Widzę jak na Ukrainie ludzie uciekają z domów z jedną walizką, a i tak w końcu ją porzucają gdzieś po drodze, bo taki jest ogrom ludzi, że nie sposób dostać się do transportu. Niestety wszyscy chyba jesteśmy obrośnięci tymi rzeczami bo już od dawna nie udaje mi się nic sprzedać, Wojna u bram zmienia percepcję..

  2. To jest straszny okres dla wszystkich. Czekają nas nie pewne dni. Ciężko jest cokolwiek zaplanować. Nigdy bym nie pomyślała, że w takich czasach przyjdzie mi żyć. To straszne jak jeden człowiek może okazać się takim potworem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *