Karina jest mistrzynią w odcinaniu negatywnej energii. Nie ogląda telewizji, nie wie, kto jest jakim ministrem, nad czym aktualnie debatuje społeczeństwo.  Ludzie do niej lgną. Lgną do takich historii, takich z happy endem, z miłością. 

Nie zna życia bez bólu. Chodzi ze złamaną nogą. Normalna sprawa, ale zaraz złamana kość zahacza o nerw i boli, jakby dziesięć noży wbiło się nagle w ciało. Bez zapowiedzi. Ale jest uparta, nie chce dać się teraz operować. Bo lekarze, żeby dojść do tej chorej części nogi, musieliby rozciąć ją całą. Tak jest skonstruowana sztuczna kość. Dlatego chce wytrzymać jak najdłużej. Dla córki, dla swojej rodziny.

Ludzie pytają, co zrobi, jak kiedyś obudzi się bez nogi. Bo przecież zawsze jej to grozi. Mówi, że najwyżej zamieni endoprotezę na protezę. I że to może nawet lepiej, bo z endoprotezą nie może wziąć udziału w Runmageddonie. A z protezą już tak. 

Ją samą ciągnie do kobiet, którym chce się żyć. Bo jej chce się bardzo. Tyle lat spędziła w szpitalach, że teraz nie wyobraża sobie siedzenia przed telewizorem i liczenia tygodni, które przeciekają jej przez palce. 

Karina chce żyć i to na 100%. 

__________________

Miała 13 lat i super grała w koszykówkę. Była nie do zatrzymania. Na meczu oberwała piłką w nogę. Dziwne, bo niby zwykłe uderzenie, a zniesiono ją z boiska, noga strasznie bolała. Przez trzy miesiące kulała. Ona, dziewczyna bardzo aktywna, brała od mamy zwolnienia z WF-u. Lekarz? A po co lekarz. Zaraz przestanie boleć…

Pielęgniarka prosi, by to Karina odprowadziła na pogotowie koleżankę z klasy, która się źle poczuła. Karinę, która za nic w świecie nie chciała się zbadać. Nie miała zamiaru i tym razem, ale w drodze do szpitala przewróciła się, w bolącą nogę weszło szkło, leciała krew. Ciężko było to ukryć przed uważnymi pielęgniarkami. Przy okazji opatrunku zbadano chorą nogę…

I się zaczęło. Lekarz się drze. Wrzeszczy, że to ostatni moment. Kość zgniła! Tam coś jest! 

Szpital. Biopsja. Czekanie.

Lekarz, świeżo po studiach, jedzie do innego miasta, by skonsultować wyniki badań. Ale ordynator nie czeka. Wycina Karinie zgniłą kość, pobiera zdrową kość z biodra, dokręca śruby, zamyka nogę. 

Straszny, straszny ból. Tak wielki, że mimo leków przeciwbólowych, Karina wyje z bólu. Jak to możliwe? Lekarze zbadali krew dziewczyny. Okazało się, że pielęgniarka zamiast morfiny, podawała Karinie sól fizjologiczną. A lek chowała do kieszeni…

Karina ma raka kości — mięsak Ewinga. I nie powinna być operowana. Takie wieści przywozi młody lekarz po konsultacji z profesorami z innego szpitala. 

Noga zaczyna ropieć. Okazuje się, że śruby były brudne. W tym czasie Karina zaczyna chemioterapię, która nic nie daje. 

Według niej, dzieci na oddziale onkologicznym umierają z powodu niedożywienia, złego odżywiania, tak bynajmniej było w latach 90., choć wątpi, by w tej sprawie zaszły zmiany. Nic tam nie możesz jeść, bo wszystko zwracasz. Nikt tego nie pilnuje…

Babcia Kariny wpada w szał. Mówi — jedz! Pod kołdrą daje wnuczce chipsy, korniszony, cokolwiek, na co dziewczyna ma ochotę, byle tylko jadła. Bo przecież mimo wymiotów w żołądku zawsze coś zostaje. Coś zawsze pomaga przeżyć. Inni rodzice, widząc, jak Karina dochodzi do siebie, robią to samo. Lekarze z wyrzutem patrzą na Karinę. Pytają, dlaczego maluje się przed przyjściem na oddział. A ona po tej „szpitalnej” diecie dostawała rumieńców. 

Już była umówiona na amputację nogi, gdy lekarka, dziewczyna świeżo po studiach, która prowadziła Karinę, wybiega na korytarz i mówi — wylecę za to z pracy, jak ktoś się dowie, ale niech państwo się wstrzymają z amputacją. Jest w Polsce lekarz, który studiował we Włoszech i umie przeszczepiać endoprotezy. 

Według niego Karina kwalifikuje się do przeszczepu. Ale ma przedawkowaną chemioterapię i musi natychmiast zrezygnować z chemii. Na piśmie! Ale nie z leczenia w szpitalu, tylko z chemioterapii. Dyrekcja szpitala sporządziła pismo, daje rodzicom Kariny długopis do podpisania ze słowami — jeśli to podpiszecie, za dwa miesiące wasza córka umrze. 

Nie wiedząc, którego lekarza posłuchać, który z nich uratuje ich córkę — podpisali. 

Później okazało się, że podpisali nie tylko rezygnację z chemioterapii, ale też z dalszego leczenia. Szpital dopisał ten punkt do dokumentów… 

To była pierwsza taka operacja w Polsce. Rodzice Kariny musieli zebrać ogromną ilość pieniędzy, by przeszczep endoprotezy doszedł do skutku. Niezawodna babcia w kilka dni zorganizowała całą kwotę. 

Trzy dni po operacji przyjechali dziennikarze, lekarze, specjaliści. Chirurg podniósł nogę Kariny do kamery i… przekręcił. I się zaczęło. Cement z endoprotezy się wykruszył i powbijał w mięsień, tym samym endoproteza się poluzowała. Karina nie mogła ani stać, ani chodzić, ani siedzieć. Przez trzy lata spała na siedząco. Zapomniała, co znaczy kąpiel, toaleta…

Nauczyła się wyciszać ból. Tak, by móc z nim żyć. Jak? Mówiąc sobie, że to TYLKO uczucie, że są rzeczy ważniejsze, że jest coś więcej niż to.  

Mówili, że przestanie boleć, jeśli tylko zacznie ćwiczyć. Chciała, ale nie mogła. Noga była sztywna, bardzo, ale to bardzo bolała. Finalnie okazało się, że Karina nie mogła ruszać nogą nie dlatego, że była leniwa i nie chciało jej się ćwiczyć. Źle zszyto mięśnie na kolanie, co uniemożliwiało jego zgięcie przez 14 lat i co powodowało straszny ból. 

Karina nigdy nie chciała popełnić samobójstwa. Ale któregoś dnia, po wizycie pielęgniarki, rodzice na chwilę wyszli. Mimo że brała codziennie sześć dawek Dolarganu, nie mogła odpocząć z bólu. Rodzice zamknęli za sobą drzwi, a ona myślała tylko o tym, by się zdrzemnąć, choć na chwilę.  Wyciągnęła cztery fiolki leku, zrobiła sobie zastrzyk. Pamięta tylko, jak strasznie waliło jej serce.

Nie było tak, jak mówili w telewizji. Nie było żadnego tunelu, przez który przechodziła idąc do światła. Było białe tło, na nim cień, do którego bardzo chciała się przytulić, ale nie mogła. Zobaczyła swoją babcię, bardzo smutną. Spojrzeniem poprosiła, by Karina zerknęła w dół. Zobaczyła salę operacyjną, jej lekarza, któremu spadły narzędzia, a on mimo wszystko kontynuował operację. Zobaczyła rozpaczających rodziców. Poczuła, jak bardzo ich kocha i że chce wrócić. Babcia się uśmiechnęła.

Po obudzenia zapytała lekarza, dlaczego operował ją brudnymi narzędziami. Wtedy uwierzył. Został świadkiem na Kariny bierzmowaniu. 

Jak się okazało, babcia umarła dwa lata wcześniej. Rodzice nic córce nie powiedzieli, bali się, że nie zniesie tej informacji. Ale to spotkanie z babcią, w czasie śmierci klinicznej, było niczym koło napędowe. 

Bo potem wcale nie było lepiej. Operacja za operacją, łącznie 34. Podczas kilku się obudziła. Albo nie zasnęła wcale. Dwa razy miała operację „na żywca”, bo nie można było podać znieczulenia — a rana i tak, i tak się otwierała. Ten sam ból. 

Mówi, że oglądając film „Przebudzenie” z Jessicą Albą nie potrafiła sobie tego wyobrazić. Teraz już wie, jak to jest, gdy czujesz każdy ruch skalpela, ale nie możesz wykonać ani jednego ruchu. Ratuje cię tylko łza, którą zauważa anestezjolog.

Lekarze powiedzieli — nie chcesz ćwiczyć, wysyłamy cię do sanatorium. Kazali ćwiczyć, a ona czuła tylko coraz większy ból. Nikt Karinie nie powiedział, że ma poluzowaną endoprotezę, dlatego to tak boli. 

Zabroniono rozmawiać o tym z mediami. Nie można było przecież powiedzieć, że pierwsza taka operacja w Polsce nie wyszła. Wszyscy się chwalili wynikami, a Karina miała cierpieć w milczeniu. Przecież to jej wina, nie chce ćwiczyć.

Kuzyn Kariny pracował w szpitalu w Niemczech. Pewnego dnia zawiózł wszystkie jej dokumenty do tamtejszego lekarza. Gdy Karina była już spakowana do sanatorium, zadzwoniono z niemieckiego szpitala — zabraniają jej jechać. Jak będzie ćwiczyć, umrze. Ma poluzowaną endoprotezę i gronkowca złocistego. Polscy lekarze dostali ostrzeżenie — albo  zajmą się pacjentką w przeciągu 24h, albo zostanie to zgłoszone.

Nowa operacja, nowa endoproteza. Kolejne 30 tys. złotych do zebrania. Rodzice chodzili od domu do domu prosząc o wsparcie dla córki. Kilka miesięcy zajęło zebranie całej sumy. W tym czasie Karina i jej rodzeństwo codziennie jedli smażone ziemniaki — tylko na nie było stać rodziców Kariny. W zimie chodzili w czapkach i kurtkach w domu. Ale cieszyli się, że są razem. 

Rodzice zebrali całą kwotę. Po operacji Karina obudziła się i nie czuła już bólu. Nie chciała żadnego znieczulenia. Operacja się udała! 

A potem kolejne rozczarowanie. Rana się otworzyła, pojawiła się ropa, noga znowu była sztywna. Wszczepiono brudną endoprotezę… W Polsce nikt nie chciał podjąć się naprawy tego błędu. Namawiano Karinę na amputację. 

W Karinie była ogromna pewność siebie. Mimo bólu i oszpeconej bliznami nogi. Wyjechała sama do Wrocławia, a potem do Berlina. 

We Wrocławiu znalazła super pracę. Starał się o nią syn właściciela. To były jej pierwsze randki, pierwsze kwiaty i pierwsze wypady do kina. Po jednej z randek zaczęli się całować… Karinę ogarnął wstyd, nikomu wcześniej nie pokazywała swojej nogi. Przerwała spotkanie i poszła do domu. Następnego dnia w pracy wszyscy się na nią gapili. Szef tylko zapytał: ile kosztują kulawe dziwki, bo pewnie niedużo? Chciała uciec, ale przecież nie mogła biec. 

Pojechała do Berlina. Nie było jednak wcale dobrze, nie miała za co żyć. Tam poczuła, jak ludzie potrafią być okrutni. Gdy poprosiła o szklankę mleka, usłyszała — jak podbiegniesz, to ci damy.

Skąd w niej tyle determinacji? Zawsze była pewna siebie, zawsze chciała żyć. Mówi, że nie chce tracić czasu, który przecież tak szybko ucieka. Życie jest fajne, bez względu na to, czy masz pieniądze, czy nie. 

Zawsze czuła się kobieco, choć nie miała wcale lekko. Oczywiście — widziała różnicę między swoim ciałem i ciałami swoich koleżanek, zdawała sobie sprawę ze swojej nogi całej w opatrunkach, której często się wstydziła. Ale ta kobiecość była w niej zawsze. Przyznaje jednak, że rozkwitła dopiero przy Piotrze, przystojnym marynarzu, którego zaczepiła na Facebooku. To ten typ mężczyzny, który na pytanie, co zrobi, gdy Karina będzie musiała jeździć na wózku inwalidzkim, odpowiada — będę go pchał do końca życia.

Nie wie, ile razy słyszała, że jest dziwna. Bo się maluje. Bo pokazuje swoją nogę. Bo pokazuje swoją kobiecość. A przecież jest oszpecona, przecież ma problemy z wchodzeniem po schodach. Przecież ma blizny i grozi jej amputacja nogi! Karina mówi, że przecież doskonale o tym wie. Ma problemy z nogą, ale nie z poczuciem kobiecości. Kocha swoje ciało. Uwielbia swoje zmarszczki.

________________________

Patrzę na nią i myślę, że w ogóle tego po niej nie widać. Tych operacji, lat w szpitalu. Widać uśmiech i chęć do działania, nie ból. Fakt, trochę kuleje, idzie trochę wolniej niż inni, ale czy to ma jakieś znaczenie? 

Nie, gdy mówi o tym, co dostała od życia. Miłość, taką jak w filmach. Dziecko, choć mówiono że przez przedawkowaną chemię nigdy nie zostanie mamą. Napisała książkę ,,Droga do marynarza – prawdziwa historia’’, kręci vlogi, podróżuje, jest trenerką psów. I wspiera inne kobiety. 

Poznajcie Karinę. Dziewczynę, która pokazuje, jaką siłę ma w sobie człowiek. 

Dziś jest już po kolejnej operacji. 5 lipca na swoim profilu na Instagramie napisała:

Złego, to nawet diabli nie chcą 😆 Wróciłam !!!!