Zmiana płci – słyszycie to hasło i co czujecie? Ja poczułam ciekawość, ale pełną empatię. Chciałam więdzieć więcej. Dlatego dziś wpis o Marcie. Poznałyśmy się kilka lat temu. Czy raczej – poznaliśmy. Bo Marta była wtedy Marcinem. nigdy nie połączyłabym hasła ,,zmiana płci” z nią. Z nim.

Pracowaliśmy biurko w biurku. Był wycofany, ale ciepły i miły. Nie wtrącał się, ale miał swoje zdanie na wiele tematów. Kilka razy spotkaliśmy się przypadkiem na mieście. Kilka razy pogadaliśmy na Facebooku. Wiedziałam, jak mają na imię jego dzieci.

A potem nasze zawodowe drogi się rozeszły, jednak było mi bardzo miło, gdy napisałam mejla do jednej z trójmiejskich drukarni, odpowiedział mi właśnie on, Marcin.

Jakiś czas temu, nie pamiętam kiedy, w okolicach czarnych protestów, zobaczyłam, że Marcin ma na Facebooku ,,babskie” zdjęcie. Tak, jakby je sobie ,,ukobiecił” w photoshopie. Pomyślałam, że to mega empatyczny chłopak, skoro właśnie w tej sposób okazuje swoje wsparcie kobietom. A to była zmiana płci, a raczej początek tego trudnego procesu.

Potem ktoś mnie zapytał, czy wiem. Czy wiem, że Marcin to już nie Marcin. To Marta.

Tego samego dnia napisałam do Marty wiadomość. Nie wiem, co wysłałam, chyba jakieś serduszko. Zapytałam, co u niej. Nie wiedziałam, co się pisze w takiej sytuacji. Nie pisałam: hej, jak tam twoja zmiana płci? Chyba zapytałam, jak się czuje…

Rozmawiałyśmy. Potem umówiłyśmy się na długaśną rozmowę. Taką z winem, jedzeniem, nocowaniem. Jej efekt to artykuł do The Mother MAG, który został opublikowany w 3 numerze.

To była bardzo dziwna rozmowa. Bo przecież ja pamiętałam Marcina. A przy mnie siedziała dziewczyna. Serio – dziewczyna. Z kobiecymi gestami, z mikrogrymasami. No niesamowite! Wzruszyłam się wtedy bardzo. Pomyślałam, jakie to szczęście. Jaka to odwaga, determinacja. I że czasem nie mamy wyboru, musimy postawić na swoje szczęście kosztem cudzego.

Jak stracisz nogę, widać, że nie masz nogi. Ale jak udowodnić, że masz w sobie kobietę, nie faceta?

W tym przypadku ją rozumiem. W tym przypadku popieram, choć wiele osób po drodze ucierpiało. Ale to była sprawa życia i smierci i nie boję się tego napisać. Zmiana płci to zawsze trudna historia w tle.

Nie chcę się powtarzać. Jej historię przeczytacie TU. Ale wyobraźcie sobie, że przez ponad 30 lat staracie się żyć nie swoim życiem. Marzycie o symbolach kobiecości, jak szminka czy buty na obcasie, a co rano zakładacie bojówki i widzicie w lustrze brodatą twarz.

Ale to uczucie jest jak piłka plażowa, którą chcesz wcisnąć pod wodę – im bardziej chcesz ją wcisnąć, z tym większym impetem wyskakuje i cię uderza.

Marta ma za sobą próby samobójcze.

Ma za sobą doświadczenia, które mnie wydają się nie do przejścia.

Ma dzieci, ale nie jest ani mamą, ani tatą.

Zmiana płci była jej ratunkiem. Wiecie – albo zacznie być soba, albo nie wytrzyma.

Zmiana płci, transseksualizm, nowy dowód osobisty, self love.

Tydzień temu napisała:

Nazywam się Marta. MartaMarta.

Rok temu, jakoś w maju, udzieliłam wywiadu.

Oprócz tego, że jestem całkiem normalną kobietą🌿, o swoją kobiecość musiałam zawalczyć. W naszym kręgu kulturowym nazywa się to „transpłciowość”.

W czasie udzielania wywiadu, opisałam swoją historię, długą walkę z syndromem wyparcia, wyjście z szafy, odrzucenie, rozwód, poczucie winy i naukę samoakceptacji i miłości do siebie samej.

Także długi, ciężki i kosztowny proces tranzycji.

Chciałam, żeby ktoś usłyszał historię jednej z nas, zbyt wiele razy była ona opowiadana przez osoby trzecie, nie zawsze ze zrozumieniem, kim NAPRAWDĘ jesteśmy.

Przez ten czas trochę się zmieniło. Udało mi się zamknąć wiele etapów, które kiedyś wydawały mi się przepłynięciem wpław oceanu. Ale jak widać, jeżeli bardzo tego chcemy, to możemy go przepłynąć. Nawet wpław.

A więc jestem kobietą, teraz także oficjalnie. To znaczy, że wygrałam proces sądowy, który w naszym kraju jest wyjątkowo poniżający.

Osoba chcąca skorygować (tak SKORYGOWAĆ, nie zmienić, to ważne, aby zrozumieć, kim jestem i jak się czuję) płeć na dowodzie, potem na paszporcie, prawie jazdy, kontach bankowych, dyplomach, umowach z operatorami, musi pozwać własnych rodziców.

Możliwość leczenia się, podpisywania, rozliczania z fiskusem czy chociaż pokazywania kontrolerowi karty miejskiej, to możliwość poczucia się istotą ludzką, obywatelem, kimś równym milionom ludzi naokoło.

Jakież to wspaniałe uczucie i jaki przywilej.

Na swój sposób jestem wdzięczna, że mogłam docenić coś, co prawdopodobnie, w innej sytuacji potraktowałabym jako oczywistość.

Zmieniam pracę, na lepszą. Na taką, gdzie jestem Martą i to, kim byłam wcześniej, nie ma aż takiego znaczenia.

Brak tzw. „missgenderingu”, czyli zwracania się do mnie niezgodnie z tym, kim W ISTOCIE jestem, to kolejna ulga, i kolejny przywilej, który życie pomogło mi docenić.

Udało mi się…

Nie wiem, czy to dobre słowo, bo zabieg, który mam na myśli, należał mi się. Problem był raczej w tym, że polskie prawo nie reguluje tego w zależności od płci.

Orchidektomia to zabieg, który, co oczywiste ze względów biologicznych, wykonuje się mężczyznom, głównie w przypadku nowotworu.

Mnie był potrzebny, abym mogła uwolnić się od blokera testosteronu, dość silnie toksycznego leku, a na pełną operację korekcji płci w prywatnej klinice mnie nie stać i długo stać nie będzie.

Mając męskie dane, zabiegu nikt wykonać nie mógł, bo wykonanie go groziłoby chirurgowi karą więzienia za okaleczanie „zdrowego mężczyzny”.

Po zmianie, zabieg oczywiście można było wykonać, także w prywatnej klinice.

Dzwoniąc na oddziały szpitalne i rozmawiając z ordynatorami oddziałów urologii słyszałam: „orchidektomia? Kobiecie? Hahahaha, no co Pani?” – upokarzające.

Po kilku miesiącach szukania pomocy przez NFZ: „pani jest trans? A to przepraszam, Pani wybaczy, ja nie wiem, naprawdę, przepraszam”, Rzecznika Praw Pacjenta „no chyba można, no bo napisano, że zabieg jest refundowany i nie napisali że dla kobiet to nie… dobrze mówię?” i na facebookowych grupach wsparcia, udało mi się, z dużą pomocą pewnej kochanej okulistki robiącej mi okresowe badanie wzroku, znaleźć sposób.

Niestety, po wykonaniu zabiegu, szpital mi zakomunikował, że „mogą być problemy z refundacją i mogę dostać od szpitala rachunek”. Obecnie czekam na rozwiązanie ale jestem dobrej myśli.

Poprawił mi się nastrój. Zaczęłam kochać samą siebie.

Skończyły się praktyki auto-destrukcyjne, zastąpione troską o zdrowie, figurę, wygląd i szczęście.

Mimo trudnej sytuacji życiowej, gdzie po oddaniu 70% mojej wypłaty na alimenty oraz część kredytu mieszkaniowego, nie stać mnie nawet na pokój w Gdańsku, gdzie pracuję, i gdzie codziennie dojeżdżam pociągiem z Elbląga, z mieszkania moich rodziców – czuje się wreszcie szczęśliwa.

Czuje się sobą, czuję się człowiekiem, a na horyzoncie, możliwe, czai się…

No przecież jestem człowiekiem 

Marta P.

Ta dziewczyna ze zdjęć to własnie Marta. Dasz wiarę, że niedawno nie poznałabyś jej na ulicy?

Cała historia Marty, zapis naszej 7-godzinnej rozmowy, znajdziesz TUTAJ.

Tutaj, czyli w #3 numerze mojego magazynu. To jest bardzo, bardzo, bardzo ważny dla mnie numer. Jest zapisem wielu zwrotów akcji. A historia Marty jest wisienką na torcie.

Przecież jest mamą! Dla niej też tworzymy The Mother MAG!
A jednak jej dzieci mamę już mają.
Kliknij TUTAJ i dowiedz się, jak do Marty mówią jej dzieci.