Napisałam to w ruchu i w pełni szczęścia. Szczęście smakuje podłą kawą ze stacji benzynowej i brzmi jak hit z radia. I zmienia się szybko, jak widok za oknem.

Opowiem Wam, co czułam, gdy wracałam z Poznania autem, w upale wszechczasów, z rozwianymi przez wiatr włosami, drąc się w rytm disco polo.
Opowiem Wam, co czułam, gdy śmiałam się w głos, beztrosko, raz za razem. Na samym środku rynku śmiałam się do łez, a każdy powód był tym najśmieszniejszym.
Opowiem Wam, jak było mi dobrze, gdy wracałam o świcie do hostelu, spacerkiem, gdy nie chciało mi się spać, a jedyne co chciałam, to oddychać miastem.
Opowiem Wam, jaka to przyjemność rozmawiać godzinami z minutę wcześniej poznanymi ludźmi.
Nie miałam takiego weekendu od lat. 6, 7? Gdy nic nie muszę, a mogę wszystko. Gdy moim jedynym problemem jest to, czy wziąć kurtkę, czy nie, albo czy posłodzić mrożoną kawę.
Także opowiem Wam, jaka to przyjemność wziąć chłodny prysznic, gdy na dworze niesamowity upał.
Opowiem, jaka to przyjemność tańczyć do rana, nie zastanawiając się czy wypada, czy nie.
Opowiem Wam, jakie to szczęście być z przyjaciółmi, którzy rozumieją w pół słowa. Są lepsi niż coach, mocniejsi niż espresso i mają większe serce niż bombonierka na walentynki.
Więc… jeśli mam być szczera. W końcu obiecałam, że opowiem. To przyznam, że jestem szczęśliwa. Tu i teraz jestem szczęśliwa. Gdy jadę autostradą, słucham głośno muzyki, śpiewam z Basią hity disco polo, opieram stopy na szybie i patrzę na 300 kilometrów trasy z Poznania do Warszawy.