
Dobre rady źle na mnie działają. Szczególnie od osób, które nie mogą powiedzieć, że wiedzą, co czuję, bo po prostu nie wiedzą. Irytują mnie proste rozwiązania, które nie mogą się udać, bo to tak jak powiedzieć, że zamiast wieprzowiny jedz drób i schudniesz 15 kilo w miesiąc. Nierealne.
Gadałam kilka dni temu z kumpelą. Z Agą dokładnie. Gadamy o tym, jak się czuję. Ja mam łzy w oczach, bo jestem zła, mam problem, jest mi przykro i nazwać mój nastrój kiepskim to jak nazwać kebab zdrowym. Aga mnie wtedy zagaduje, próbuje pocieszać, mówi o czymś, co powinnam. A ja na nią patrzę wtedy…
– pierdolę, co?
– si
[I żeby nie było, że teraz pisze o Adze, bo nie, nasza rozmowa jest tylko pretekstem do tego posta.]
Nie wiem, co bardziej mnie denerwuje. To, że innym się wydaje, że jak dadzą ,,dobrą, złotą radę” to dostaną medal z empatii i wyrobią normę dobroci na dziś, czy może to, że łatwo innym radzić, gdy sami są w dużo lepszej sytuacji. Denerwuje mnie ten kontrast. Życie jest bardziej skomplikowane. Trochę innym życiem straszono nas w podstawówce. Mówili, że nie będzie lekko, ale ja na przykład nie czuję, że mnie uprzedzono, że tak może być i że będzie gorzej niż w Dynastii – emocje, dylematy i łzy.
Rzucać słowami jest bardzo łatwo. Lekko wręcz. A potem i tak każdy wraca do swoje piaskownicy, czasem nawet z ulgą, że się przejął na chwilę, wykazał empatią. Jest dobrze. Pójdziesz do nieba, na bank.
Gdy ktoś mnie pyta o radę, mówię – na Twoim miejscu zrobiłabym to i to. Tylko na postawie tego, co wiem. Ale nie lubię tego robić. Bo każdy jest inny, ma inne doświadczenia, wspomnienia z dzieciństwa, relacje z rodziną, wsparcie, ma pieniądze lub nie, ma siłę lub nie, ma chęć lub nie. Każdy ma inną motywację. Nie ma czegoś takiego, jak zbiór złotych rad, które pasują do każdej sytuacji. Tak, by prawdopodobieństwo chybienia było znikome.
Nauczyłam się słuchać. To jest moja złota rada dla Was – słuchajcie, nie gadajcie, gdy komuś jest ciężko. I nie komentujcie.
Innym to można doradzić, gdzie kupić tanie truskawki, bo są strasznie drogie po zimie. Można podpowiedzieć, jak schudnąć i co jeść. Można książkę zasugerować. Można polecić prawnika, lekarza, księgową, położną. Ale raczej nie powinno się radzić, jak poradzić sobie w ciężkiej sytuacji, gdy się nigdy w podobnej nie było. Z emocjami nie ma lekko.
Ja wiem, że rady, które dostaję, są mówione z dobrego serca. Ale ciężko przyjąć je z uśmiechem, gdy na końcu języka ma się słowa – przestań chrzanić, nie wiesz, o czym mówisz. Albo – tobie to łatwo powiedzieć. To budzi jeszcze większą frustrację. Nie dość, że trzeba poradzić sobie z ciężką sytuacją, to jeszcze trzeba sobie poradzić z tym, że nie da się jej rozwiązać tak o, po prostu, jak sugerują inni. Te dobre rady, do których nie ma jak się zastosować, to kolejne 10 kilogramów więcej na ramionach.
Aga się pyta, jak mi zatem pomóc. Nijak. Sama sobie muszę pomóc. I wiem, że może macie podobnie. Może macie problem, jesteście w takim momencie życia, gdy można albo palnąć sobie w łeb, albo to przeżyć, dać sobie jakoś radę. I jestem na 100% pewna, że ostatnią rzeczą, jakiej wtedy potrzebujecie, jest garść złotych rad, prosto z poradnika dla optymistów.
Nie da się dobrą radą rozwiązać poważnego problemu, szczególnie, gdy chodzi o relacje z ludźmi, gdy trzeba ostrożnym być, trzeba myśleć o innych, nie tylko o sobie. To jest tak delikatny temat, że…
Jeśli chcecie komuś pomóc, podsuńcie mu historię osoby, która, według Was, wnosi coś do tematu. Której historia może dać impuls do zmian, może pomóc, nawet byciem samą inspiracją. Albo zapytajcie, czy jest coś, co możecie zrobić. Jeśli nie, to zróbcie kawę i dajcie się wyrzygać, wygadać, do końca.
A Wy? Bądźcie sobą i słuchajcie intuicji. Dobre rady, nawet te mówione z miłością, to tylko słowa. Nikt za Was Waszego świata nie zmieni. Problemy magicznie się nie rozwiążą, gdy będziecie w nocy spać. Rano też będą i trzeba będzie się nimi zająć.
I wtedy poproście o kawę.






