
36 miesięcy. Przez tyle trwała moja pierwsza umowa z operatorem sieci komórkowej. Tyle też trwała gwarancja na odkurzacz. Czyli tak naprawdę nic. Pstryknięcie palców, mrugnięcie powiekami. Było, minęło.
A ona jest.
36 miesięcy. 1095 dni. 1 095 000 razy powiedziałam, że kocham, że jest moją chlubą, że jest najważniejsza, najpiękniejsza, jedyna, najlepsza, ukochana. Albo i więcej.
Wielkość nie ma znacznia, absolutnie. Taki mały człowiek potrafił obudzić we mnie nieograniczone wręcz pokłady siły, motywacji, cierpliwości i konsekwencji. Mieszanka wybuchowa, która bardzo rzadko wybucha. Prawie wcale. Stałam się panią swojego życia tylko po to, by Jej było jak najlepiej. Moja trzyletnia motywacja. Moja kofeina i gorzka czekolada w jednym. Córa moja. Ina.
Bywa, że idę z Iną ulicą i uderza we mnie myśl, że Ona naprawdę jest moją córką. Bywa, że budzę się o 5:00 rano i patrzę na nią do budzika. A przecież nie jestem nienormalna, jakoś specjalnie sentymentalna też nie. Myślę sobie, że twarda ze mnie sztuka, a potem ścieram tusz z policzków, gdy Ina ma występ w żłobku. Siedzę w pierwszym rzędzie, pokazuję Jej kciuki w górę, że jest super, by dodać jej odwagi. Klaszczę nagłośniej. Muszę wyglądać wtedy groteskowo. Nie mogąca usiedzieć na swoim miejscu, skacząca, płacząca kobieta z telefonem nagrywającym swoje dziecko. A za mną kilkanaście podobnych matek.
A teraz? Robi mi na śniadanie brokatowe gofry. Pyta, jak się czuję i jak widzi, że kiepsko, to chce mnie zabrać do lekarza. Przynosi prezenty – zapakowaną w szary papier kulę modeliny. Budzi mnie buziakami. I na każde moje ,,nie” mówi ,,tak, wiem mamo, ale…”.
Ina urodziła się 3 lata temu o 18:25. To niesamowite. Świat przestał się kręcić na chwilę, nastąpiła pauza, potem nagle znowu wszystko ruszyło i było zupełnie inne.












