zrelaksowana

Część z Was zaczęło Nowy Rok postanowieniem, że już żadna golonka w piwie, ani żadne frytki z majonezem nie staną na przeszkodzie w maratonie po piękną sylwetkę na wakacje ;))) Szczytny cel, choć zazwyczaj kończy się w okolicach Trzech Króli. Ja też zawsze zaczynam coś od nowego roku, z miernym skutkiem. Tym razem nie dam się tak łatwo zwieść, bo moim postanowieniem nie są ‘skinny jeans’, a lekkość umysłu. Relaks, drodzy państwo!

 

Zaraz 23:00. tv nie działa, żadne radio nie gra. Za to pada deszcz, mocno wali w parapet. Mega. Jeden z najprzyjemniejszych dźwięków, moich ulubionych. Zaraz po burzy. Kilka miesięcy temu do snu włączałam sobie 10-godzinne nagranie błyskawic i ulewy. Chcecie spróbować? KILK i gotowe – nagranie trwa bardzo długo, ale nic tak nie koi po ciężkim dniu, jak cisza przerywana kroplami deszczu. Nawet online 🙂 A jeśli nie lubicie monotonii natury, włączcie sobie Radio Kolor. Wieczorami puszczają genialną muzę, subiektywnie oczywiście, bo uwielbiam soulowe i chillowe wieczory.
Emilka się ze mną na pewno zgodzi, ale jedną z większych przyjemności dla nas było, i chyba nadal jest, siedzenie na tej samej kanapie, słuchanie muzyki, przeglądanie gazet i nawet nie musimy ze sobą rozmawiać. Pamiętam, że własnie w ten sposób nadrabiałyśmy zaległości naszego związku, gdy na zmianę powracałyśmy do domu z Anglii. Do tej pory ta godzina przeznaczona na własnie takie COŚ jest synonimem relaksu. Ale też nie o to chodzi, by ,,tracić czas wertując angielskie magazyny o modzie”, ale by robić coś, co kojarzy się dobrze, z domem.
Relaksują mnie książki. Nie samo czytanie, ale kupowanie, pożyczanie, dotykanie, wertowanie, patrzenie, jak leżą na półce. Przypominanie sobie o nich co jakiś czas, albo przypominanie, gdy komuś pożyczyłam i wiem, że muszę je ściągnąć z powrotem! A tak w ogóle to lubię kupować je na dworcu. O czytaniu w wannie pisałam już TU. Wyższa szkoła jazdy konnej i tańca ludowego, ale czasem się da, własnie się zastanawiam, czy nie pójść ta drogą, skoro piątek, piąteczek, piątunio…Kto mnie pomasuje? Najlepiej głowę… i teraz wiecie, co jest najprzyjemniejszą częścią podczas wizyty u fryzjera. Nieważne, jak krótko babka obetnie, nieważne, czy na podłodze kłębią się cudze kłaki. Nieważne. Oddam słoik nutelli za to, by ktoś mi coś porobił z włosami. Myślę, że Emilka z Justyną zostaną do tego zmuszone już za 2 tygodnie <3

Herbata z cytryną w dużym kubku. Budyń czekoladowy. Cisza. Popołudniowa drzemka. Czerwony lakier na paznokciach. Kakao, ale takie prawdziwe, z wiatrakiem na opakowaniu. Listy do M albo Holiday. Miska mandarynek. Jeszcze nie ruszona książka Gerritsen, Läckberg, Browna. Do tego parę godzin nic nie muszenia. To równa się zrelaksowana ja. Ave ja.

 

 

14 komentarzy

  1. ale miły, lekki post. ja też odpłynęłam :)) bierz się za gerritsen, bo jest mega! szczególnie cykl Rizzoli & Isles! 🙂

  2. właśnie wróciłam z pracy, która dla innych nie jest pracą. czeka mnie całe 3 godziny snu, i zamiast spać czytam Twojego bloga bo jest inspiracją i relaksem 🙂

  3. boję się zapytać co tam masz pysznego!!!!
    a z tym spaniem z "odgłosami natury" to prawda! ja jak w ciąży jeszcze z B byłam (miałam wtedy czas haha) to sobie zapuszczałam takie cudo i leżałam, i zasypiałam i było mi tak błogo jak nigdy!
    normalnie can't wait! wyczochram CIę! a co! hahahaha

  4. Eh… Możliwość zajrzenia na Twojego bloga po całym tygodnu pracy to najlepszy relaks. Dzięki, że jesteś Ty i Twoje pisanie. Miłego weekendu, pozdrawiam. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *