48 godzin w Amsterdamie

A może pojedźmy gdzieś. Tam, gdzie jeszcze nie byliśmy. Obojętnie, gdziekolwiek. Amsterdam. Ok.

Amsterdam. Mistrz pierwszego wrażenia. I drugiego, i trzeciego też. Wyzwalacz uśmiechu już po pierwszych 100 krokach. Zajmujący tak, że 15 kilometrów spaceru mija niepostrzeżenie.

Miałam wielkie plany zebrane w dwie tabelki. Wydrukowane, spakowane, przegladane kilka razy dziennie. Ale… 48 godzin to bardzo niewiele. Wystarczająco jednak, by się szczerze i autentycznie ucieszyć i stwierdzić, że Amsterdam wygrywa z Londynem. I że, zobacz!, jakie to jest piękne. Jeny, jakie to jest dobre!  Za mało, by odwiedzić wszystkie muzea, punkty widokowe, przejechać się rowerem czy przepłynąć promem. Ale idealnie, by stwierdzić, że kupię sobie rower i zamontuję na nim różowy koszyk po butelkach. Idealnie, by znaleźć nowe hobby, czyli zbieranie papierowych kubków na kawę. Idealnie, by stać w deszczu w kolejce po bilety do Muzeum Vincenta van Gogha, by strasznie zmarznąć, ale wracać do hotelu godzinę, na piechotę. Idealnie, by się zgubić i znaleźć znowu. Idealnie, by tańczyć, aż już się więcej nie może i jeść ciastka z nutellą, choć tego też już się więcej nie może.

Dziekuję za ten weekend bardzo prostych przyjemności. Totalnie niewyrafinowanych, choć dla mnie wręcz luksusowych.

Żałuję tylko jednej rzeczy. Że nie zdążyłam na wystawę ,,90 years Ms Monroe”. Zapomniałam, a potem nie zdążyłam. Choć może to dobry pretekst, by polecieć tam jeszcze raz?

PS Nie jestem mistrzynią szukania lotów, hoteli, wycieczek. A że pytacie mnie na FB, gdzie, co i jak, za ile i czemu tak drogo – odsyłam do Rainbow, gdzie można sobie wszystkiego poszukać. Opcja Loty + hotel to bardzo dobra opcja, a w wyszukiwarce wpiszcie miasto, do którego chcecie polecieć i łapcie podpowiedzi, co można tam robić. 🙂

… i jeszcze Daniel

Miasto zaczyna się bardzo długim lotniskiem. Pas startowy (lądowy?) wije się jak autostrada, mijają cenne minuty – mamy tylko 48 godzin. Że to miasto to film, orientujesz się mniej więcej od momentu zajrzenia do pierwszej z brzegu kawiarni; kiedy właściciel przygotowuje ci pierwszą z wielu kaw, które w tym mieście wypijesz, rozglądasz się dyskretnie w poszukiwaniu kamer. Operatorów. Makijażystek. Scenarzysty. Reżysera! To nawet nie jest: “jak z filmu”, tylko: “jak film”. Szybko przyzwyczajasz się do tego i wrażenie w pewnym momencie mija, a ty nurkujesz w tłumie pieszych i rowerzystów, dryfując w stronę centrum.

Światło kładzie się delikatnie na twarzy, myślisz: oho, pogoda się trafiła. Piętnaście minut później drobny deszcz mierzwi włosy, uliczki błyskawicznie pustoszeją, przysiadasz się w knajpie do stolika i gapisz przez okno. Mija godzina i kolejna, ciche rozmowy i śmiech we wszystkich językach świata działają uspokajająco. Ostatni łyk herbaty – i w drogę.

Amsterdam to przykład na to, jak współczesna kultura może czerpać i uzupełniać bogatą historię dobrobytu i luksusu; rozglądam się cały czas po fasadach, oknach, drzwiach, skrzynkach pocztowych, klamkach, parapetach, dzwonkach – tu wszystko jest idealne. Jak to możliwe? Tutaj ściany nie mają uszu, one mają usta; szepczą opowieści, otulają w ciasnych uliczkach ciepłym oddechem, przechylają figlarnie głowy w krzywiznach murów. Dominuje czerń, biel, szarość – i odcienie. Krążymy, bo okazuje się, że najlepsze, co można zrobić w Amsterdamie, to się zgubić, zwłaszcza mając do dyspozycji zaledwie dwie doby.

No i rowery – nie możemy się nadziwić, jak ten gęsty ruch jednośladów funkcjonuje niczym szwajcarski zegarek. Tik-tak, tik-tak – ciemnoskóry nastolatek wciska się między motor i samochód na światłach, rusza pierwszy, w ostatniej chwili przepuszczając rozproszoną grupę turystów. Ciężarówka z pieczywem zatrzymuje się na środku skrzyżowania, by przepuścić kilku ostrokołowców, ale nikt na to nie zwraca uwagi. Żadnego trąbienia, agresywnych gestów i krzyków. Przez tętniące życiem arterie miasta przemykają starzy i młodzi, studenci, pracownicy biurowi, barmani, fryzjerzy, graficy komputerowi, słowem, wszyscy. Kilka razy przymykałem odruchowo oczy, nie wierząc, że i tym razem uda się uniknąć kolizji; a jednak. Chwila moment i kolejny rowerzysta rozpływał się w oddali.

To miasto to potężny tygiel kulturowy – ludzie każdej narodowości, ze wszystkich stron świata, zjeżdżają tu, by doświadczać intrygującej harmonii. Muzea, galerie, restauracje, kluby, antykwariaty, kawiarnie – wszystko to składa się na obraz metropolii, której tempo na dłuższą metę może być męczące, ale jak na 48 godzin – nakręca i inspiruje do bycia częścią “czegoś”. Robienia rzeczy. Działania. Przeżywania prostych momentów, łapania ich w obiektyw i ogrzewania się w nich długimi, jesienno-zimowymi wieczorami.

Amsterdam. Polecam – 10/10.

dsc_0503 dsc_0504 dsc_0506 dsc_0526 dsc_0528-horz dsc_0529 dsc_0555 dsc_0556 dsc_0558 dsc_0559 dsc_0710 dsc_0718 dsc_0720 dsc_0721 dsc_0723 dsc_0724 dsc_0781 dsc_0782 dsc_0784 dsc_0790 dsc_0791 dsc_0794 dsc_0798 dsc_0799 dsc_0801 dsc_0806 dsc_0809 dsc_0812 dsc_0813 dsc_0815 dsc_0820 dsc_0822-horz dsc_0823 dsc_0826-horz dsc_0829 dsc_0831-horz dsc_0832 dsc_0846 dsc_0856 dsc_0858 dsc_0860 dsc_0861 dsc_0865 dsc_0866

*Wpis powstał we współpracy z Rainbow 🙂

11 komentarzy

  1. Monia idealnie wpasowałaś się w moje ostatnie przemyślenia podróżnicze – zastanawiałam się, o którym mieście zacząć marzyć (tak bliżej PL jakoś), pomyślałam: może Amsterdam?

    Teraz powiem – NA PEWNO Amsterdam.

    Piękna wycieczka! <3

  2. Kimkolwiek jest Daniel, ma równie lekkie pióro jak Twoje. Bardzo przyjemnie czytało się jego część wpisu. Szkoda, że nie ma zdjęć z wnętrza Muzeum van Gogha, ale rozumiem, że pewnie obowiązywał zakaz fotografowania. Fajnie, że nie pisałaś o banałach jakimi często ekscytują się ludzie wpadający tam po raz pierwszy. Czasami mam wrażenie że niektorzy odwiedzający urwali się z dżungli i ekscytują się wszechobecnymi u nas miejskimi rowerami, loftami, i całą masą pierdół od dawna powszechnych w naszym kraju.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *