kilka rzeczy, za które uwielbiam moje kółko wzajemnej blogowej adoracji

Gdyby kręcili Beverly Hills 90210 30 lat później, ja byłabym Brendą, Basią Dylanem (sama wybrała), Flow Kelly, Justyna Donną, a Emilka Valerie. Ależ to byłby sezon! A jaka czołówka by była? 

W Poznaniu Basia zapytała mnie, czy myślę czasem o tym, że poznałyśmy się przez internet. To nadal jest takie dziwne. że zaklikało po pierwszej nutce, nie od pierwszego wejrzenia, a od pierwszego przeczytania.

Gdy ktoś pyta mnie, co mi dał blog, mówię, że przyjaciół.

W Poznaniu obchodziliśmy tak jakby pierwszą rocznicę kumplowania się z Dżastą (ponieważ są dwie Justyny, pozwólcie, że Flow zostanie Justyną, a 10 minut spokoju Dżastą). Jakoś tak się zasiedzieliśmy razem przy jednym stole i tak już zostało. Czasem, jak pracuje w domu i potrzebuję skupienia, włączam je kanał i leci w tle. Jej głos działa na mnie kojąco. 🙂

Pamiętam pierwsze spotkanie z Justyną. Dwa lata temu w Warszawie, pod pałacem kultury. Buzie nam się nie zamykały. Potem kolejne konferencje, blogowanie spotkania. Ile kaw, ile win, ile porcji sushi nam towarzyszyło przez ten czas…

Pamiętam te wspólne nocowania dziewczyn u mnie, spanie na podłodze i mycie się w zimnej wodzie, bo kilka kobiet do jednego bojlera to zdecydowanie za dużo. Rozmowy przy winie, poranne kawy na parapecie w kuchni…

Pamiętam pierwszy spacer i śniadanie z Agą. A potem zaprosiła mnie na obiad i tak już zostało, regularnie mnie karmi. Gdyby nie to, że jednak mam w sobie odrobinę przyzwoitości, zostałabym tam zameldowana, przez zasiedzenie. 🙂

Pamiętam pierwsze spotkanie z Basią, gdy przytuliłyśmy się w Krakowie. Emocje jak przed pierwszą randką. Znamy się 4 lata, a czujemy, jakbyśmy znały się 40.

Pamiętam tańce z Hanią, te 3 lata temu, i te w ten weekend, w Poznaniu.

Uwielbiam. To uczucie, gdy w końcu spotkamy się wszyscy razem i czujemy ja na turnusie wypoczynkowym. Gdy dzwonimy do siebie losowo i wysyłamy zbiorcze sms-y.  Gdy komentujemy jednocześnie na czacie na FB, aż komórki nie nadążają wysyłać powiadomień. Uwielbiam ten wspólny brak obciachu, miłość od Bajmu, śpiewanie i trudne poranki. Uwielbiam te wspólne kolacje w Tapaście, przy wielkim stole – wtedy odpuszcza nam zmęczenie i przestawiamy się na tryb ,,jest weekend, bez dzieci, jest dobrze, keep smiling”. Uwielbiam dystans, śmianie się z siebie, plotki przeplatane poważnymi rozmowami. Uwielbiam to przyzwolenie na jedzenie sobie nawzajem z talerza. 😀

Uwielbiam to, jak pasiemy się jak stado owiec na trawie, za każdym razem, gdy widzimy jakiś kawał zielonej powierzchni. To, że nie musimy nic mówić, jak nam się nie chce. To, że lubimy zimne prosecco i makaron. I śmieszną nas te same rzeczy.

Trzymamy się razem. I nie wiem czemu, ale nawet nas nie zdziwiło to, że wynajęliśmy apartamenty w tym samym budynku, pod tym samym adresem, tylko piętra były inne. Przypadek?

Jesteśmy jak przyjaciele z Beverly Hills 90210. Naszym Peach Pit jest Tapasta. Ja jestem Brendą. Gdyby ktoś wątpił, zapraszam tu.

Na zdjęciach nie ma Emilki, bo nam je robiła. 🙂

7 Comments

  1. Wasze kółko wzajemnej adoracji jest super! Bardzo lubię do Was zaglądać, ale pytanie mam co z blogiem Emilki i waszym wspólnym love2work? Tęsknię trochę za nimi 🙂

  2. ale fajnie macie, kurde ale Ci zazdroszczę takiej ekipy… czy to naprawdę możliwe żeby trafić na tak zgranych ludzi? czy to ja mam pecha do ludzi? :\

Leave A Reply

Navigate