Nie, to jednak nie działa

Ja, która twierdzi, że wszystko da się, jeśli się chce. Ja, która bierze wszystko na klatę i koniec końców zawsze kwituje ,,dam radę”. Ja, która ma wielkie poczucie obowiązku i choćbym miała się utyrać po łokcie, to zrobię… poddaję się! Przechodzę na ciemną stronę mocy…
http://www.tekstualna.pl/2016/01/nie-to-jednak-nie-dziaa.html

A raczej nocną. Nocną zmianę.
Gdy po raz kolejny w przeciągu kilku tygodni słyszę, że zostajemy z Iną do końca tygodnia w domu… No dobra, nie powiem, że krew mnie zalewa i trafia szlag. Nie. Ale ręce opadają i zaczynam odczuwać coś na kształt paniki. I zanim dojdę do domu z przychodni, już czuję lęk. Że się nie wyrobię i że tydzień minie mi pod znakiem kompulsywnego sprawdzania mejla. 
Za chwilkę. To ostatnio hasło, która bezwiednie wypada z moich ust. Właśnie powiedziałam je trzeci raz tego dnia i postanowiłam, że to koniec. Mam chore dziecko, nie ma mnie na komputerze. Dopóki moje Córka nie jest ukontentowana czasem spędzonym na chorobowym. Nie ma mnie, póki pizza z ciastoliny nie będzie zjedzona i rytualny taniec przed lustrem odtańczony. Nie odpiszę na mejla, póki nie zobaczę, jak moje Dziecko nie okleja z zapamiętaniem lalki plasteliną i nie usłyszę, jak tnie nożyczkami jej piękne kudły.
Chcę się pobawić z mamą. Zdanie, jak pstryczek w nos. Jak ja mam, powiedzcie, pogodzić to, że MUSZĘ pracować z tym, że Dziecko nie wazon, nie postawisz na stole. Idę się bawić. Robię smażone kurczaki z ciastoliny, jem pizzę z tejże, czeszę ogon kucykowi pony i śpiewam piosenki z bajek (jeśli macie ochotę posłuchać, to TU).
A w myślach układam listę rzeczy do zrobienia. Zacznę ją realizować po 21:00, jak tylko Ina pójdzie spać. Czy ja dodałam, że też chętnie by już się podłączyła do serialu, łóżka i książki?  
Do pracy, rodacy. Na nocną zmianę. Nie ma, że boli. 
… ale jestem zmęczona…

15 komentarzy

  1. Dobrze, ze nie jestem sama dzisiaj wieczorem. Cholerna prokrastynacja mnie dopadła cały tydzień, jutro deadline, wiec nocka będzie zarwana.

  2. U mnie to samo. Przyznaję się, że jak Don F. wstaje rano ze śpikiem po pas to nie ogarnia mnie troska tylko złość. Na ten katar koszmarny, nie na dziecko. Na okoliczności. Na pogodę. Na chorobę. Damn.
    Do pierwszego lutego miałam uporządkować i ogarnąć wszystkie projekty, i zrobić coś jeszcze na zapas, bo za chwilę wyląduję na porodówce i tyle z tego będzie, a tu jak na złość… ostatnie dwa tygodnie młodzian chory w domu siedział. Nocna zmiana mi odpada, bo nawet przesypiając całe noce i tak jestem wykończona O_o
    Jak żyć? 😛

  3. Przerabiałam ostatnio, w sumie przerabiam od kąd synek poszedł do przedszkola (wrzesień 2015) ale ostatnia choroba to było apogeum bo po chorobowym na niego musiałam wziąć L4 dla siebie, myślałam, ok kilka dni, ale od lekarki usłyszałam ze tydzień przynajmniej posiedzę w domu… a jakie wyrzuty sumienia gdy dzwonię do pracy, że przyniosę l4 za tak długi okres… czy tylko ja mam takie wyrzuty? tłumacze sobie że przecież należy mi się jeśli dziecko jest chore, jeśli ja jestem, zanim synek poszedł do przedszkola żadne z nas nie chorowało a w pracy nie wziełam nawet urlopu całego nie mowiąc o l4 którego nigdy wcześniej nie brałam ani na siebie ani na dziecko…

    to tak żeby "pocieszyć" 😉 w końcu nadejdą lepsze dni 🙂 jeszcz napiszę, że ten przymusowy "urlop" mi się przydał, mimo ze spędzony w domu i chorobie to psychicznie odpoczęłam… widocznie tak miało być. Ktoś u góry czuwa nam nami, nawet jeśli z pozoru coś się wydaje być nie na miejscu, nie teraz, wydaje się niszczyć nasze plany to potem okazuje się, że to wszytsko było po coś 🙂

    Odpoczywajcie:)

    anka

  4. Aż przypomniały mi się te wszystkie noce, gdy do bladego świtu za ścianą słyszałam maszynę do szycia mamy… Przy gromadce dzieci w wieku szkolnym, dnia zawsze było za mało, a zakład musiał hulać 🙂 Matki mogą wszystko.

  5. To mi teraz głupio bo ja w drugiej ciąży, na L4 z trzylatkiem w domu. Olalam korporacje. Tak mentalnie to już dawno jak zdałam sobie sprawę ze każdy tam myśli ze swiat zwojuje, a każdy tak samo zdolny i ambitny. Awansują ci co pracują po 10, 12 godz kosztem rodziny. Ja tak nie chce. Chociaż ambitna tez jestem..

  6. Dla mnie pracowanie po nocach to normalka gdy Pulpet chory, zresztą jak niechory to często też. Łączę się w bólu i przesyłam moce.

  7. Bardzo przyjemne zdjęcia, Michalina ma dobre oko 🙂 A Ty wygladasz bardzo ładnie, nie na zmęczona.. Choć wierzę, ze jesteś – praca i dziecko to nie bulka z maslem. U nas to samo 🙂

  8. Podziwiam kobiety, które bez większego problemu łączą macierzyństwo z pracą zawodową. Mi udało się pracować do 6 miesiąca ciąży. Później odpuściłam, zmęczenie wzięło górę. Zastanawiam się jak to będzie za rok, gdy skończy się urlop macierzyński i stanę przed wyborem praca lub dom.

  9. Znam to… miałam to samo na początku tego roku. Najgorsze były 2 miesiące, które prawie w całości przesiedzialam z młodym w domu. Dodam tylko, że mam też młodą firmę i te dwa miesiące były krytyczne, bo mogłam pracować na mega zwolnionych obrotach. Przetrwaliśmy, młody na razie (odpukać) choruje mniej i jakoś się wszystko kręci. Przetrwacie 🙂

  10. Piosenka śliczna. I nie żałuj żadnej minuty poświęconej na wżeranie plastelinowych potraw.
    Dobry wybór. Tak trzymaj. Łączę się z nocnej zmiany!

  11. Jakie to prawdziwe. Taka rzeczywistość chyba każdej matki…:(
    Łączę się w bólu i trudzie.

  12. Pingback: SYPIALNIA DLA GOŚCI. STAN AKTUALNY + PLANY. | Basia Szmydt Blog

Leave A Reply

Navigate