Jedzenie

Przepis na jabłecznik Babci Marysi

Jeśli zapytacie Pryśko Team, co nam się kojarzy z naszą Babcią, wszyscy powiemy bez wyjątku, tak myślę, że jabłecznik. ZAWSZE taki sam. Może nie ostatnio (nie pamiętam, kiedy Babcia zrobiła go ostatnim razem, to musiało być już jakiś czas temu, ale spotkania u Babci, gdy byliśmy mali, mają smak jabłecznika posypanego cukrem pudrem), ale… jak Babcia Marysia, to tylko to ciasto, i żadne inne.

Emilka w tym roku postanowiła nam przypomnieć ja to było siedzieć w czwórkę, a potem w dziewiątkę u Babci na wersalce. Ale wiecie – to było wyzwanie. Sprostać Babci? No, ciekawe…

Buddha Bowl, czyli ,,wszystkiego, wszystkiego najlepszego”. 

Czytam Buddha Bowl, myślę sobie – comfort food, micha pełna makaronu, cisza, natychmiastowa poprawa nastroju.

Jedzenie poprawia mi nastrój. Najbardziej lubie takie, które mogłabym nazwać ,,przytulnym”. Ciepłe, parujące jeszcze, jedzone w misce, może nawet łyżką, a już na pewno nie nożem fąfarafą i widelcem. Czy to znaczy, że buddha bowl to coś dla mnie?  I do think so! Ostatnio takim czymś, czym dzielę się tylko z ulubionymi ludźmi, a najchętniej jem sama, jest makaron z łososiem. Zostawiam go na dobrą okazję, bo przecież nie będę jadła go byle jak, byle gdzie, byle z kim, jak to jest jedno z moich ulubionych dań!  Natomiast to chyba nie jest to danie z buddą w tytule. A już Wam wyjaśniam, dlaczego.

Co i jak je Tekstualna? Czyli o dietach, detoksach, kaszach, szotach i jedzeniu w pracy.

Najpierw jest ciężka praca. Bo trzeba pamiętać o tak wielu rzeczach, trzeba myśleć, ciągle myśleć! Po pierwsze, że od wczoraj jem zdrowo, że przecież tak wybrałam. Że poprawiacze nastroju nie mają już nic wspólnego z działem ze słodyczami w supermarkecie. Że muszę ugotować zupę, bo przecież Ina je ją na śniadanie, obiad i kolację. Że jak nie zrobię sobie jedzenia do pracy, to zjem wszystko, co wpadnie mi w ręce.

zdrowe wyzwanie: imbirowy shot

Jestem dziewczyną typu ,,wszystko albo nic”. Albo jestem bardzo na diecie, albo nie jestem wcale. Albo jem super zdrowo, albo trochę gorzej. Albo jestem chora, albo zdrowa. No właśnie, teraz jestem chora, pielęgnuję swoje L4, wycieram nos i dodaję soku malinowego do herbaty z dziurawca. I zastanawiam się, co mogę zrobić, by uzdrowić swe ciało, a co by nie smakowało jak czosnek i cebula.

To nie jest zupa z dyni

Czasem improwizacja to najlepsze, co możemy zrobić. Czasem coś, czego się nie spodziewamy, okazuje się być tym, czego szukamy. I w życiu, i na talerzu. Środa, dzień wolny. Wczoraj. Budzi mnie ,,Mamo, budka” (czyt. pobudka) i wiem, że nie ma już spania. Ładna pogoda, nigdzie nam się nie spieszy, wyciągamy się, przeciągamy. Kilka chwil siedzimy razem z Iną pod kołdrą. Decyzja zapada szybko – śniadanie do łóżka i bajki. Zawsze chciałam z moją Córką tak spędzać dni wolne – budować jej wspomnienia z dzieciństwa zapachem naleśników, bezruchem, spokojem, ciepłem. W tej miseczce w róże, kupionej w lubelskim szmateksie, znajduje się moje comfort zone. Smak tej gęstej zupy powstał z leniwego poranka, niedozwolonego zazwyczaj śniadania w pościeli przy bajce, z uścisków, przytuleń i słów ,,kofam Mamo”. Na pewno gdyby nie poranny spacer, kawa z przyjaciółmi i soundtrack do ,,50 twarzy Greya”, ta zupa nie smakowałaby tak dobrze. W tej zupie…

Navigate